You are here: Home > Legendy > Syn miodu CZ. 3

Syn miodu CZ. 3

Miligedo nie mógł uwolnić się od wspomnień. Przypominał sobie dziwny sen, który miał kiedyś, gdy zmęczony niespodziewanie położył się na chwilę na leśnej polanie po zabezpieczeniu barci przed niedźwiedziem. Śniło mu się, że nagle znalazł się w królestwie pszczół. Był mały jak pszczoła i jak równy z równym rozmawiał z królową. Królowa dziękowała mu za opiekę nad swymi podwładnymi i przyrzekła mu pomagać we wszelkich okolicznościach życiowych.

Władczyni pszczół przepowiedziała, że na ród pszczeli przyszły ciężkie czasy walk z Krzyżakami, że on – Miligedo odegra w tych walkach ważną rolę. Powinien bronić swego ludu. Pszczoły mu pomogą, jednak musi uważać aby nie narazić się na zmaga­nia z potęgą krzyżacką zimą. Pszczoły wtedy śpią i nie będą mogły mu pomóc.

Wtedy Miligedo nie wiedział, co ten sen mógłby oznaczać lecz teraz, gdy część prze­powiedni królowej już się spełniła, przeczuwał jak trudna czeka go rola. Kochał pszczoły, ale cóż te pracowite jego ulubienice znaczyły wobec krzyżackiej potęgi? Czy w ogóle należy przejmować się przepowiedniami królowej pszczół? Przecież pszczoły są od ludzi zależne i nie wtrącają się do ich życia. Miligedo wątpił zresztą, czy on był­by zdolny stanąć do walki z całą potęgą Zakonu.

Tak rozmyślając zdążał do Natangii. Przeprawa nie była trudna, znał miejsce, gdzie był bród i kilka takich, gdzie nie było wirów i można było pokonać rzekę wpław. Czuł się źle bez konia. On, wódz Bartów, nie miał teraz najnędzniejszego bodaj wierz­chowca. Brak broni mniej go smucił, w końcu kręciło się trochę butnych Krzyżaków po puszczy i można było broń zdobyć, a konie krzyżackie rosłe i silne, ale nie przy­wykłe do trudnych warunków bytowania w puszczy, nie na wiele mogły się przydać. Pruskie koniki, jakkolwiek mniejsze i nie tak urodziwe, były jednak niezastąpione w warunkach leśnego oddziału, jaki należało stworzyć, jeśli nie chciało się zaniechać obrony swej ziemi i wiary. Ziemi… Gdzież jego ziemia? Oto deptał leśne ścieżki Na­tangii. W całej już Barcji panowali Krzyżacy, a w tej jej części, która była najbliższa jego sercu, nie było już bezpiecznej od Zakonu ziemi. Jak jest w Natangii? Zmierzał do Głomna. Ten pruski lauks położony wśród bagien był, o ile wiedział, bezpieczną leszcze od Krzyżaków przystanią. Broniły go nieprzebyte mokradła, gdzie tylko Prus wiedział, jak się prześlizgnąć, a Krzyżaków wciągały zdradzieckie dla nich moczary i bajora. Tu jeszcze istniały święte gaje i sławne Romowe, gdzie nawet teraz bezpiecznie palono zwłoki zmarłych wraz z całym niemal dobytkiem, jaki zgromadzili za życia. Tu jeszcze Prus mógł czuć się w miarę swobodnie.

Natangowie przyjęli go serdecznie. Nawet nie próbował ukrywać swego imienia, zbyt wielu go tu znało. Nastrój jednak, jaki tu został, nie podnosił na duchu. Natango­wie byli tak zgnębieni, że nie myśleli już o obronie. Prawie wszyscy uznali ją za bez­skuteczną wobec widocznej potęgi Zakonu. Nie znaczy to, że zamierzali się wszyscy ochrzcić, ale na wiecu zapadły uchwały, że należy uczynić to dla pozoru, w okolicach rolniczych bliższych Bartoszycom i nie chronionych tak skutecznie przez bagna, jak


Głomno. Głomno pozostanie siedzibą kapłanów i miejscem dla Krzyżaków niedo­stępnym, świętym. Biada temu Prusowi, co zdradziłby tajne ścieżki Krzyżakom.

W sprawie Miłigedo wiec postanowił, że będzie on gościem w Głomnie mile widzia­nym, niech wraca tu do zdrowia i przebywa dokąd chce. Pamiętano jego zasługi w walce z Krzyżakami, a jednak nie było teraz mowy, aby przygotować się do jakiegoś oporu zbrojnego. Zmartwiło to bardzo Miligedo, ale nie był w stanie wpłynąć na przebieg wiecu. Byt tylko gościem, bardzo zresztą szanowanym, lecz nie miał prawi decydować o przyszłych losach okolicznych lauksów i ich mieszkańców. Wobec takie* sytuacji postanowił skorzystać z gościnności Natangów i być tam do końca lata. Mógł zajmować się pszczelarstwem, szczególnie zaś barciami, stanowiącymi własność lauksu. Jego sława dobrego bartnika była nie mniej głośna niż sława dobrego wodza. Nie mogąc ćwiczyć wojowników, Miligedo miał tę pociechę, że ćwiczy chociaż młody ci: bartników. Czuł, że ich trud służy tej samej sprawie, jakiej służyła walka.

Przed końcem lata Miligedo dwa razy przekradał się na drugi brzeg Łyny i spotyka! się z Kasią w znanym im obojgu miejscu, na którym kiedyś znalazła go na wpół ży­wego. Rodzice i rodzeństwo Kasi nie byli w to wtajemniczeni. Oboje młodzi tęsk­nili za sobą, wiedzieli już, że chcą być razem, ale Miligedo miał ciągle jeszcze opon przed przyjęciem nowej wiary, choć coraz jaśniej widział, że jest to jedyny sposób aby zaślubić Kasię. W obecnej sytuacji nikt nie miałby mu tego za złe. Przecież wie* Natangów uchwalił takie postępowanie jako obowiązujące prawo. Uchwały Bartów cm prawda nie było, ale nie należało się jakiejkolwiek ich uchwały spodziewać. Miligedo nie zgadzał się jednak w duchu z uchwałą natangijskiego wiecu i dlatego ociągał się z realizacją jego postano­wień. Zresztą jako Barta ona go nie dotyczyła, mógł postąpić jak chciał, a tymczasem chciał kilku rzeczy, które nawzajem się wykluczały. Potrzebował czasu, aby to prze­myśleć i dlatego jeszcze do mrozów przebywał wśród Natangów. Potem oświadcny Kasi, że gotów jest przyjąć chrzest i zostać osadnikiem. Rodzice Kasi początkom nawet nie chcieli słyszeć o tym małżeństwie. Nawrócić poganina to zasługa u Bosi* ale dać Prusowi własną córkę za żonę, podczas gdy było tylu chętnych do żeniaczki chłopców – swojaków, to zupełnie co innego. Niespodziewanie Kasia okazała wiek sprytu. Poszła do księdza, zwierzyła mu się, z czego mogła, nie zdradzając kim właściwie Miligedo. Zyskała w starym kapłanie sojusznika, który pomógł jej przeko­nać rodziców.

Miligedo – nie rozpoznany – ochrzczony został z grupą Natangów po kilkumiesięcz­nym przygotowaniu. Na chrzcie dano mu imię Michał. Imię to wybrała Kasia, i ¿ja trochę podobne w brzmieniu. Dzięki temu mogła nadal nazywać Miligedo Milikiem, Ślub młodych odbył się w miesiąc po Bożym Narodzeniu, zgodnie z wiarą i obyczaja­mi mazurskimi. Z wiosną młodzi zajęli się karczowaniem lasu pod swoje nowe gospo­darstwo. Miligedo podjął się za zachętą urzędników krzyżackich założenia gospodastwa (Krzyżacy liczyli, że z czasem też osady) głębiej w lesie. Chcieli wydrzeć puszcsi kawał żyznej ziemi, ale Prusowie, jakkolwiek ochrzczeni, niechętnie podejmowm się tego, bo ich stara wiara na karczowanie drzew nie pozwalała. Urzędnicy byli więc radzi, gdy Miligedo zgodził się na ich warunki. A on głównie miał na myśli względy bezpieczeństwa. Po prostu nie chciał mieszkać we wsi, do której w każdej chwili mo­gli wpaść Krzyżacy. Wybrał punkt, z którego mógł obserwować mazurską osadę, a równocześnie taki, który pozwoliłby na wycofanie się w głąb lasu w razie niebezpie­czeństwa. W stosunku do Krzyżaków byt o wiele bardziej nieufny od Mazurów. Minęło kilka lat, wśród nich te, które były dla gospodarstwa Kasi i Miligedo latami wolnymi. Trzeba już było dawać Krzyżakom daniny. Życie toczyło się względnie spo­kojnie. Miligedo nawet kilka razy w ciągu roku bywał w Bartoszycach i sam na własne oczy mógł ujrzeć to, o czym kiedyś opowiadał mu Argo. Ubierał się teraz i mówił po mazursku i nie każdy orientował się, że jest Prusem. Kasia była młodą, szczęśliwą, choć bardzo zapracowaną kobietą, bo w domu była już dwójka dzieci: córka i mały, dopiero półtoraroczny chłopiec. Każdy Prus pragnął przede wszystkim syna, ale Mi­ligedo czuł ciepło w sercu, gdy myślał, że jego mała wyrośnie kiedyś na pannę tak śliczną, jaką była Kasia. Praca w gospodarstwie obciążonym daninami była nielekka, lecz dzięki darom pola i puszczy oraz pracowitości i talentom obojga małżonków chleba, miodu, mięsa i ryb nigdy im nie brakowało.

Nie dane było jednak widocznie zarówno Mazurom, jak i Prusom zaznać pokoju i szczęścia na ziemi teraz już krzyżackiej. Do Bartoszyc przybył nowy namiestnik kom- tura z wieloma nowymi, oddanymi mu rycerzami. Uchodził za prawego i dzielnego wodza. Ludność okolic Bartoszyc jednak już wkrótce przekonała się, że jest to wróg Prusów i Mazurów; wielki gwałtownik, a ponadto człowiek chciwy ponad miarę. Po­winności na rzecz Zakonu stawały się coraz cięższe i wkrótce zaczęły przerastać moż­liwości przeciętnych gospodarstw. Coraz częściej zabierano mężczyzn do świadcze­nia różnych prac i usług dla Krzyżaków. Nowy namiestnik budził postrach i wkrótce nie pamiętano już nawet jego imienia, a powszechny stał się jego przydomek Okrutny-  Grausam.

W gospodarstwie rodziców Kasi nie działo się teraz najlepiej. Bracia poszli na swoje, i   tymczasem stary Mazur nie miał już tyle sil co dawniej, zaczął chorować. A daniny żądano od niego coraz więcej. W czasie jednej z wypraw karnych, jakie Grausam wy­syłał do zalegających z daniną, jego ludzie pobili wielu Mazurów, jak mówili „opor­nych” – wśród nich i ojca Kasi, który kilka tygodni później zmarł. Gospodarstwo ojca i kilka innych, znajdujących się w podobnej sytuacji, Krzyżacy zabrali i oddali osadnikom niemieckim. Na Mazurów padł blady strach, ale Miligedo poczuł się za­grożony. Jego gospodarstwo było zbyt piękne, aby nie miało wpaść w oko zawistnych służalców Grausama. Przypomniano sobie, że miała tam powstać cała osada i należy te plany teraz zrealizować, a przede wszystkim należy odebrać zasobne gospodarstwo przybłędzie Prusowi i dać je zasłużonej dla zakonu rodzinie niemieckiej. Wprawdzie obecny gospodarz oddawał daniny, ale przecież można nałożyć większe. Gospodar­stwo ugięło się od nadmiaru różnych świadczeń, a Miligedo był ciągle zabierany do wykonywania usług dla Zakonu. Chociaż matka pomagała Kasi po śmierci ojca, to
gospodarstwo, tak często pozbawiane męskiej ręki, zaczęło podupadać. Rodzina Miligedo została osaczona, a kiedy uroda Kasi coraz częściej zwracała uwagę ludzi, nachodzących ich teraz bezustannie, okazało się. że Miłigedo ma do wyboru tylko śmierć lub bohaterstwo. Pewnego dnia doszło do najgorszego: w obronie żony Miligedo rzucił się na Krzyżaka z siekierą, zabił również dwóch jego towarzyszy, zaatako­wany przez nich. Nie było innego wyjścia, pozostały znane tylko Miłigedo ścieżki w głąb puszczy.

W pośpiechu zabrali dzieci oraz trochę najniezbędniejszych rzeczy. Matki Kasi nie było w tym dniu u nich, bo poszła pomagać starszemu synowi do wsi. Miligedo chęt­nie podpaliłby zabudowania, aby Okrutny nie tuczył się jego pracą, ale we wsi był większy oddział krzyżacki i zachodziła obawa, że płomienie mogłyby skierować uwa­gę Krzyżaków na uciekinierów, więc porzucił te myśli.

Syn Miodu pałał żądzą zemsty. Oto Krzyżacy zniszczyli cały dorobek jego życia. Ode­brali mu dom. Żyje żona, żyją dzieci, ale on jest bezradny, puszcza jest już znacznie przetrzebiona, nie taka bezpieczna jak za czasów jego dzieciństwa. Jemu może dałaby jeszcze schronienie i utrzymanie, ale nie ukryje w niej rodziny. Pozostawało jedno bezpieczne miejsce – Głomno w Natangii. Tam też skierowali się uchodźcy.

I   znów minęły lata. O Miłigedo, obrońcy biednych i krzywdzonych, który był tak dzielny, jak jego patron Michał Archanioł, śpiewał pieśni lud pruski i mazurski, a dla Krzyżaków imię to stało się straszne. Grausam nie był już taki swobodny w swoim postępowaniu, musiał się liczyć z możliwością zemsty Miligedo. Wydawało się wręcz niewiarygodne, aby siły całej komturii nie dały rady kilkunastu ludziom pruskiego mściciela. Nikt dokładnie nie wiedział, ile on ma ludzi pod swoją komendę, ale był wszędzie tam, gdzie go najmniej się spodziewano. Żaden Krzyżak nie czuł się teraz bezpieczny ni w Barcji, ni w Natangii. Mówiono, że oprócz Prusów Miligedo ma pod swymi rozkazami także Mazurów, lecz nikt niczego nie wiedział dokładnie. Grau­sam, którego podobno Syn Miodu poprzysiągł ukarać, sypiał coraz gorzej, zrobił się też przesądny. Jakiś wróżbita, którego potajemnie wezwał, wywróżył mu, że zginie od żądła, a ponieważ imię Miligedo – Syna Miodu – było głośne, każdy rozumiał, iż tym żądłem będzie jego miecz. Rozwścieczony namiestnik kazał służalcom wróżbitę powiesić, ale od tego czasu miał sny coraz koszmarniejsze, wychudł i zrobił się tak straszny, że jego dawni kompani i zausznicy drżeli przed nim chyba nie mniej niż Prusowie i Mazurzy.

Dziewięć lat już trwały utarczki Syna Miodu z Zakonem. W tym okresie z Kasią i podrastającymi dziećmi, przebywającymi ciągle w Głomnie, widywał się rzadko. Przebywając raz w Barcji, raz w Natangii, Miłigedo nigdy nie miał czasu na cieszenic się rozkoszami domowego ogniska. Rozumiał, że te radości ma już za sobą, teraz zas jest tylko karzącym mieczem cierpiącego pruskiego ludu. Osadnicy, nawet niemiec­cy, mogli czuć się bezpieczni. Miłigedo raz tylko w ciągu tego czasu i to w pierwszym roku swej walki z zakonem napadł na zagrodę niemieckiego osadnika i spalił ją, ak była to jego własna zagroda i nawet Niemcy rozumieli, że zausznik Grausama poniosili zasłużoną karę. Jednak żaden rycerz czy oddział zbrojny nie mógł teraz czuć się do­brze w komturii. Miligedo czuwał bezustannie i zawsze wypatrzył jakiś błąd w postę­powaniu Krzyżaków, za który najczęściej płacili oni śmiercią.

Prawdą jest jednak, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Namiestnik ściągnął od komtura nowe posiłki z Bałgi i przyszedł czas, że Syn Miodu nie zdołał się wy­ślizgnąć. Bohaterską postawą doprowadził do tego, że część jego oddziału przebiła się przez krzyżackie szeregi, ale koń jego padł, ugodzony przez zakonnych. Mimo że pozbawiony wierzchowca, Miligedo bronił się skutecznie, zdając sobie sprawę, że nic mu już nie pozostało oprócz chwalebnej śmierci. Ofiarował ludowi pruskiemu swoje ży cie, teraz musi mu ofiarować taką śmierć, która mimo wszystko da jego ziomkom powód do dumy i pozwoli im przetrwać gorycz upokorzeń, jakie ich czekają. Stos ciał wokół Miligeda rósł. Krzyżacy, atakujący początkowo z wielkim impetem, musieli się cofnąć, niepomni nawet na hańbę padającą na sławę zakonu. Syn Miodu był jeden, a ich było tylu świetnie uzbrojonych, lecz wobec siły i bohaterstwa Prusa wydawali się bezradni. Była to jednak chwilowa tylko przewaga wodza Prusów, bo oto zno­wu napierały nadciągające szeregi wrogów. Miligedo osaczony, pozbawiony wsparcia swoich ludzi, musiał paść w końcu z wyczerpania i licznych ran, których broniąc się doznał.

I  oto Krzyżacy stali teraz zdumieni nad powaloną postacią wcale nie nadludzkiego, Jasnowłosego wodza Bartów i nie mogli uwierzyć w jego śmierć… Po zwycięstwie Grausam wyprawił wielką ucztę, w czasie której wino lało się strumieniami. Przez trzy noce płonęły światła w oknach i na dziedzińcu, jak również na podzamczu. Po­dobnie na falach Łyny, odbijane w jej wodzie. Ucztowano bez opamiętania.

W tym czasie wierni towarzysze Miligedo nie próżnowali. Syn Miodu musi mieć po­grzeb co najmniej tak piękny, jak Argo, według starych, pruskich zwyczajów. Nie ba­cząc na to, że był od wielu lat ochrzczony, na miejscu do tego przeznaczonym – miej­scu świętym, jakim było przenoszone z konieczności wielokrotnie Romowe Bartów

–  ułożono stos z odpowiedniego, dającego niewiele dymu drewna, bo mimo pijaństwa na zamku trzeba się było liczyć z krzyżackim niebezpieczeństwem i wbrew zwycza­jom, niestety, trzeba było się spieszyć. Pięknie ubrane zwłoki bohatera zostały poło­żone twarzą na wschód, zaś kapłani – ligasze i tulisze – wychwalali jego czyny, a było przecież o czym śpiewać! Wraz z zabitym palono jego broń, grzebano też, jak każe zwy czaj, jego konia. Piękne stare dęby otaczające polanę stanowiły tło uroczystości. Gdy stos zapłonął, najstarszy z tuliszów zaczął mówić o swoich wizjach. Słuchano go nadzwyczaj uważnie, lecz nikt go nie rozumiał.

Oto zamiast mówić jak zwykle, że bohater na swym wspaniałym rumaku wzlatuje poprzez nieboskłon do szczęśliwej krainy przodków, tulisz twierdził, że kieruje się on do Bartoszyc, że w mieście tym wędruje po ulicach, a nawet wstępuje na dziedzi­niec krzyżackiego Zamku. Wreszcie oznajmił, że Miligedo będzie jedynym Bartem

–  świadkiem upadku potęgi Zakonu i państwa niemieckiego na pruskiej ziemi. Zgromadzeni ludzie nie mogli się rozeznać w swoich uczuciach. Dlaczego tulisz mó­
wił tak od rzeczy? To nie dawało się zrozumieć! Stos dogorywał, a potężny grzmot przetaczający się przez niebo, zwiastował letnią burzę. Lunęły potoki deszczu i do­gasiły stos. Czy bogowie się gniewają? Ludzie pod wpływem strachu zaczęli domagać się od kapłanów, aby wytłumaczyli, co to znaczy; czy ta burza w czasie tak uroczyste­go pożegnania bohatera jest wróżbą dobrą czy złą? Postanowiono złożyć Perkunowi ofiarę z czarnego byka, co zostało wkrótce dokonane, a potem, gdy kapłani podeszli z urną, by pozbierać w nią prochy bohatera, po rozgarnięciu resztek stosu, oczom ze­branych ukazał się wśród popiołów kamienny posąg z naszyjnikiem, rogiem do picia i mieczem u pasa. Przeciągłe Ooo! wstrząsnęło dąbrową. Bez najmniejszych wątpliwo­ści wszyscy pojęli, że Miligedo zostaje wśród nich, aby ich bronić przed Krzyżakami; że nie czas mu ulatywać do szczęśliwej krainy przodków, kiedy tu pozostaje płaczący swych krzywd pruski lud. Wróżba starego tulisza zaczynała nabierać sensu, stawała się doniosłym proroctwem.

Posąg pozostawiono w Świętym Gaju z wiecznie płonącym ogniem. Skrzywdzeni przez Krzyżaków Prusowie przychodzili tam – wierzono powszechnie, że gdy skrzyw­dzony dotknie miecza Miligedo, krzywdziciel zostanie ukarany. Wszyscy rozumieli, że trzeba strzec przed Krzyżakami posągu i jego tajemnicy. Krzyżacy gotowi go znisz­czyć tak, jak niszczyli wszystko co pruskie.

Jednak Krzyżacy dowiedzieli się, że Prusowie ukrywają jakiś posąg kamienny w głębi lasu; że choć ochrzczeni, zamiast gromadzić się w kościołach, chodzą do swoich świę­tych gajów. Grausam szybko zapomniał o zagrożeniu ze strony Miligedo. Teraz ten znienawidzony wódz pruski już nie żył, a on, Grausam, był znowu niepodzielnym pa­nem okolicy. Zorganizował więc wyprawę w głąb puszczy. Pewien był sukcesu. Wiózł ze sobą pruskiego niewolnika, który od trzech miesięcy pracował na zamku przy żar­nach. Torturami i obietnicami zmusił go, aby wyjawił, gdzie znajduje się Romo we Bartów, tam spodziewano się znaleźć posąg. Grausam chciał ten posąg odebrać poga­nom, aby w ten sposób położyć kres ich grzesznym praktykom. Pojmanemu Prusowi obiecał wolność, jeżeli wskaże właściwą drogę Krzyżakom. To głupie pruskie bydle uwierzyło, że będzie wolne, więc jedzie teraz z nimi i wskazuje drogę. Grausam śmiai się w duchu z naiwności Prusa.

Wszystko poszło gładko. Świętego miejsca nie pilnował teraz nikt zbrojny, więc po zabiciu kapłanów, podsycających ogień, silni pachołkowie władowali posąg na wóz. Oddział zbrojnych rycerzy otoczył go i z pełną triumfu pieśnią ruszyli, przez nikogo nie zatrzymywani, do Bartoszyc.

Był to okres rojenia się pszczół. Krzyżacy jechali spokojnie drogą leśną, gdy nagle jeden z rojów zaatakował konia namiestnika. Spłoszony, kłuty żądłami wierzchowiec poniósł go na oślep w puszczę. Grausamowi włosy zjeżyły się pod hełmem, bo przypo­mniał sobie powieszonego wróżbitę i jego przepowiednię. Na próżno czynił wysiłki aby powstrzymać oszalałe zwierzę. Gdy ujrzał wysoki brzeg Łyny, zrozumiał, że jego los jest przesądzony Koń zawisł w powietrzu, jeździec wyleciał z siodła i w ciężkie’ zbroi runął w fale Łyny. Wkrótce woda pochłonęła go. Koń walczył dłużej. Kilku Bartów i Natangów widziało tę scenę, lecz Grausam byt tak znienawidzony, że nie mógł liczyć na niczyją pomoc. Ciało okrutnego wodza nigdy nie zostało odnalezione, choć Krzyżacy szukali go w zakolach rzeki i wyznaczali nawet nagrodę dla zna­lazcy. Kamienny posąg bohatera, zgodnie z rozkazami utopio­nego Grausama, dojechał do Bartoszyc i stanął przy jednej z ulic miasta.

Od tego czasu lud pruski pokochał znienawidzone dotąd Bartoszyce, bowiem było to teraz miasto Miligeda – ich bohatera, który – jak wie­rzyli – będzie świadkiem upadku potęgi obcego, wrogiego tym zie­miom krzyżackiego państwa.

Comments are closed.