You are here: Home > Legendy > Syn miodu CZ. 2

Syn miodu CZ. 2

Tymczasem ciemne chmury gromadziły się nad nie podbitymi jeszcze okolicami Barcji. Z wyprawy wróciły wojska krzyżackie i bartoszycki zamek miał znów pełną obsa­dę. Widać była to wyprawa dla Krzyżaków pomyślna, bo wrócili butni i coraz śmielej zapuszczali się w głąb puszczy. Miligedo wiedział od zaprzyjaźnionych Natangów, że po drugiej stronie Łyny działo się równie źle, choć więcej tam było mokradeł i trud­niej było rycerzom ze złowieszczym krzyżem poruszać się w tamtej okolicy.

Nadeszła straszna zima. Przyniosła ona zagładę świeżo założonej osadzie, w której ryła rodzina Miligedo. Zginęli wszyscy: ojciec, bracia i siostra. On sam ciężko ranny w walce i uznany przez Krzyżaków widać za zabitego, cudem tylko ocalał. Organizm miał żelazny i jakoś dowlókł się lasami do miejsca, z którego podglądał żniwującą, mazurską dziewczynę. Ona też znalazła go na skraju lasu. Po stroju poznała, że to Prus. Wyglądał strasznie, należało udzielić mu pomocy, chociaż byt dzikim pogani­nem. Zdawała sobie sprawę, że naraża rodzinę. Krzyżacy nie lubili, aby ktokolwiek pomagał Prusom. Mazurzy jednak też nie uwielbiali Krzyżaków. Minęły już lata wol­ne i musieli dawać zakonowi coraz większe daniny. Ciągle walczący o zdobycie nowych ziem Zakon potrzebował żywności dla coraz liczniej przybywającej z zachodu rycerzy, pomagających walczyć z poganami, więc mazurskim chłopom powodziło się coraz gorzej. Rodzice Kasi zgodzili się ukryć rannego przed Krzyżakami, bo choć oni karą bożą za pomaganie poganom, rozumieli, że pomóc rannemu w tej sytuacji to uczynek chrześcijański, mieli też nadzieję, że poganina nawrócą i będą mieli nie lada zasługę w niebie. Sprowadzili nawet starego znachora, który opatrywał rany.

Cala prawie resztę zimy Miligedo był nieprzytomny, lecz gdy oprzytomniał, pierw­sza osobą jaką ujrzał, była Kasia. Słabymi wargami zdołał wyszeptać jej imię. Nie­pomiernie zdziwiona nie rozumiała, skąd chory je zna, ale wytłumaczyła sobie, że musiał słyszeć, jak zwracała się do niej matka lub znachor i choć robił wrażenie nie­przytomnego, jednak już obserwował, co się dzieje wokół. Dopiero dużo, dużo później dowiedziała się jak było naprawdę. Miligedo wracał do zdrowia i równocześnie uczył się języka. Kiedy już mógł mówić i powiedział, że nazywa się Miligedo, w oczach dziewczyny błysnęło niedowierzanie. Słyszano tu imię wodza Bartów, ale Kasia nie wyobrażała sobie, że może on być taki młody. Widziała niemal chłopca, w dodatku wycieńczonego chorobą, miałby to być ów sławny wódz pruski, przed którym nawet Krzyżacy drżeli? Nie mieściło się to jej w głowie i pomyślała że Milegedo to może częste wśród Prusów imię. Znachor znał nie tylko tajniki pruskiego zielarstwa, znał również język pruski, więc gdy rodzice Kasi zorientowali się z kim mają do czynienia, przestraszeni postanowili przetrzymać Milegedo jakiś czas i jak najprędzej wypra­wić go za Łynę do Natangii, gdyż słyszeli, że tam Prusowie jeszcze się wśród bagien

i  mokradeł trzymają. Tak też się stało. Lecz nim Miligedo opuścił kryjówkę, młodzi przywiązali się do siebie. Przed odejściem wódz Prusów, odwdzięczając się za opiekę, przyniósł z lasu miód i zboże, które Bartowie mieli ukryte w dzbanach glinianych w jamach ziemnych. Nie mogło się to już przydać jego nieżyjącym bliskim, więc niech posłuży tym, którzy ratowali mu życie.

Przy pożegnaniu Kasia łykała łzy. Nie wypadało płakać, rozstając się z obcym prze­cież człowiekiem, w dodatku poganinem i Prusem, ale serce się jej ściskało i gdyby to było możliwe, zalałaby się łzami. Miligedo zauważył jej rozterkę i zdołał szepnąć: „Nie płacz, jeszcze się zobaczymy, postaram się o to!” Te słowa dodały Kasi otuchy, choć doprawdy nie wiedziała, na co mogłaby liczyć. Czyż mogła myśleć o wspólnej z nim przyszłości? Miligedo był jej tak bliski! W myślach nie nazywała go inaczej jak tylko Milikiem, a jednak i on nie odważył się rozmawiać z nią na ten temat. Widocz­nie zdawał sobie sprawę, że ich wspólne życie w małżeństwie jest tak trudne do wy­obrażenia, że aż prawie niemożliwe. Dziewczyna tak piękna i pracowita jak Kasia, na pewno znajdzie chłopca do żeniaczki w swojej wsi. Brak ziemi nie wchodzi w rachubę, dosyć było ziemi, którą można było wydrzeć puszczy. Krzyżacy przecież chętnie osa­dzali na prawie niemieckim każdego, licząc na przyszłe daniny. Miligedo jest Prusem, jako poganin nie może zostać osadnikiem, a coś ciągle odstręczało go od nowej wiary Czyż niemiecki Bóg mógł być Bogiem Prusów? Przyszli wyrywać im ziemię i wszystko co rodziła, zagarniali ich mienie, nie oszczędzali nikogo. Nie, Miligedo nie umiał­by uwierzyć, że bóstwo Niemców jest sprawiedliwe, choć łatwo było wierzyć, że jest to bóstwo potężne. Słyszał wprawdzie o osadzonych, ochrzczonych Prusach, byli tacy, ale chyba nie umiałby tak żyć, wyrzec się swoich, choćby i zmarłych? Nie, tego nie mógł uczynić!

Nie umiał też jednak wyrzec się myśli o Kasi. Jak troskliwie go pielęgnowała w choro­bie! Nie może tak być, aby więcej jej nie zobaczył. Gnębiła go również myśl, że swoim bliskim nie mógłby urządzić uroczystego pogrzebu, jaki nakazują pruskie zwyczaje. Jeszcze jego brał miał taki pogrzeb, płomień oczyścił jego duszę, miał ze sobą swego konia i broń, co gwarantowało, że będzie szczęśliwy wśród zmarłych przodków. Leci co będzie z ukochanymi: ojcem, braćmi, siostrą? Nowa wiara, której próbowano go uczyć, wszystko przedstawiała całkiem inaczej, zmarłych należało grzebać! Jego bli­scy też pewnie zostali pogrzebani, bo Krzyżacy obawiali się wiosną jakiejś zarazy.

Comments are closed.