You are here: Home > Legendy > Syn miodu CZ. 1

Syn miodu CZ. 1

Po obu stronach Łyny rozciągały się wieczyste lasy – puszcza niedostępna i straszna dla tych, którzy jej nie znali, ale dla zamieszkującego ją ludu matka-żywicielka. Po prawej stronie Łyny – Bareja, po lewej – Natangia, obie zamieszkane przez pruskie pokrewne plemiona. Lud byt to dorodny, chłopy na schował, a dziewczęta urodziwe. Te plemiona żyły z puszczy; kobiety zbierały jagody i grzyby, a uzbrojeni mężczyźni orga­nizowali wyprawy łupieskie. Powszechnym zajęciem było też bartnictwo czyli podbieranie miodu pszczołom, których w puszczy nie brakowało, miały tu bowiem świetne warunki. Wszędzie wokół kwitły drzewa, wszędzie wokół rosło mnóstwo miododajnych roślin na ukwieconych polanach. Być bartnikiem – nie lada to była sztuka, trzeba się było długo uczyć jej od ojca. Miodu nie podebrał byle kto. To znaczy podebrać mógł, ale tylko raz, bo gniazdo pszczół łatwo zniszczyć, ale co potem? Cierpią na tym rośliny i ludzie. Ktoś, kto tak robił był rabusiem, a nie bart­nikiem; był powszechnie potępiany i mógł spodziewać się kary bogów.

Bareja była najżyźniejszą pod słońcem krainą i dobrych bartników było wielu, ale chyba najlepszym był stary Runo, ojciec kilku synów i jednej urodziwej córki. Wśród synów ulubieńcom ojca był najmłodszy. On najchętniej, jak tylko trochę podrósł, po­magał ojcu przy barciach w borze, a miał do tego dar od bogów dany. Nie zdarzyło się, ¿by pszczoła go użądliła. Nie wiadomo po czym poznawał, kiedy w jakiej barci jest najwięcej miodu i kiedy go brać tak, aby pszczołom nie przeszkadzać i nie zaszkodzić, wiedział tez jak barcie chronić przed niedźwiedziem i jak najlepiej zabezpieczyć je na zimę. Nazywano go człowiekiem – pszczołą i niepostrzeżenie przylgnęło do niego imię Miligedo – Syn Miodu. 1 tak już zostało.

już wtedy Bareja, niestety, nie była krainą wolną. Życie takie, jak opisane wyżej, trw ało jeszcze we wspomnieniach ojców. Teraz coraz częściej dochodziły słuchy, że nawet tu, w głąb puszczy, wdzierają się oddziały zakutych w żelazo zbrojnych z czar­nymi krzyżami na białych płaszczach. Ludzie ci niszczyli pruskie leśne osady, zabijali ich mieszkańców, a wziętych w niewolę żywych zmuszali do ciężkiej ponad ludzkie siły pracy, od której marli – źle żywieni i źle traktowani. Straszna to była rzecz dostać się do niewoli krzyżackiej. Już chyba stokroć lepsza była śmierć w walce z okrutnym, i przemożnym wrogiem. Takiego przynajmniej zdania byt jeden z braci Miligedo – rwinny Argo, któremu jakimś cudem udało się zbiec z krzyżackiej, półtorarocznej niewoli w Bartoszycach.

Kiedy Miligedo byt młodzieńcem dziewiętnastoletnim, osadę, w której żył, spotkał los podobny do losu wiele innych osad w pobliżu Bartoszyc, gdzie od lat istniał zamek
krzyżacki. Wśród ludu przetrwały legendy o wielkim powstaniu pruskim, kiedy to zamek zdobyty przez Prusów aż 9 lat był pod ich panowaniem, ale były to już tylko le­gendy, bo jak można oprzeć się Krzyżakom, o tyle lepiej uzbrojonym? Wielu Bartów, zanosząc modły do Gromowładnego i składając mu ofiary z miodu i chleba, prosiło, by wszystkie jego pioruny spadły na bartoszycki zamek – to siedlisko krzyżackiej siły, by bogowie ocalili swój lud i wyzwolili od grożących mu rycerzy krzyżowych, ale za­równo modły, jak i ofiary były bezskuteczne. Bogowie nie dawali się przebłagać. Ludność osady, ostrzeżona na czas, zdołała ujść w głąb puszczy. Niewiele można było wziąć dobytku, nie było na to czasu i wszystko czego Krzyżacy nie zrabowali, poszło z dymem. Zima jaka nastąpiła po tej katastrofie, była bardzo ciężka. Na nowym miej­scu trzeba było zaczynać wszystko od początku, trochę pomogły im zapasy schowane przemyślnie w jamach ziemnych, trochę ludzie z sąsiednich lauksów czyli osad, ale i oni w ciężkiej byli sytuacji. Pogorzelcy trzymali się razem i ratowali wzajemnie, ale i tak przyplątała się jakaś zaraza, na którą nawet wędrowni kapłani nie umieli nic poradzić i kilkoro dzieci umarło z głodu, a wśród nich i ukochany trzyletni bratanek Miligedo.

Wtedy Syn Miodu, podobnie jak i jego rówieśnicy, postanowił rzucić swoje uwiel­biane pszczoły i walczyć z Krzyżakami. Zbyt słabo jeszcze władał bronią. Wprawdzie jak każdy chłopiec pruski był tego uczony od dzieciństwa, ale nie przywiązywał do­tąd do tej sprawy należytej wagi. Teraz zrozumiał, że musi bronić swej osady i swer ziemi przed krzywdzicielami, bo i tu na nowym miejscu, mimo że o wiele dalej od Bartoszyc, nie czuli się bezpieczni. Podobnie myśleli sąsiedzi z innych lauksów i złą­czeni wspólnym celem oddali się pod dowództwo Argo, który jako syn starego Runa, a równocześnie człowiek znający zwyczaje Krzyżaków, mógł wiele zdziałać. Syn Mio­du, zajęty dotąd czym innym, pilnie uczył się teraz od brata i z zapartym tchem słu­chał jego opowiadań o grubych murach i wspaniałości bartoszyckiego zamku, a także wielkości i bogactwie nienawistnego miasta.

Zbrojny oddział pilnował osady i jej okolic, biada Krzyżakowi, który pojedynczo luk nawet samotrzeć zapuściłby się w te strony. Zdarzało się napadać i na grupy kilku­nastu rycerzy i knechtów zakonnych. Już dwa lata chronili osiedla i święte miejsci pruskie, gdy Argo zginął w jednej z potyczek. Wtedy na wodza wybrano Miligedo W grupie byli jeszcze jego dwaj starsi bracia, ale widać nie tylko z pszczołami umiał postępować Miligedo, kiedy to nawet starsi bracia uznali jego wyższość. Prawda, że Syn Miodu był młodzieńcem na schował – silnym i dzielnym, ale takich było wielu więc musiało być w nim coś jeszcze, co spowodowało, że wszyscy poddali mu się bez szemrania. Młody wódz poświęcał się całkowicie walce z Krzyżakami. Dotąd się me ożenił, bo gdzież była dziewczyna taka, jak jego siostra? Tak piękna, łagodna i zarad­na. I która umiała śpiewać jak ona? Miligedo bardzo kochał swa siostrę i choć była to miłość braterska, to mimo woli każdą dziewczynę z nią porównywał.

Aż zdarzyło się… Tego lata mieli o wiele mniej zajęcia niż dotąd. Krzyżacy jeszcze zimą wybrali się na wyprawę wojenną. Zostawili co prawda znaczną załogę na zamki ale nie mieli już dosyć ludzi, aby dokonywać podbojów okolicy, zresztą latem z regu­ły czynili to mniej chętnie. Bartowie wiedzieli, że na miejscu ich lauksów Krzyżacy zakładają nowe wsie Nie zapuszczali się tam, było to zbyt niebezpieczne, ale teraz Miligedem zawładnęła tęsknota za znajomymi stronami i wielka równocześnie cie­kawość, toteż postanowił w pojedynkę podkraść się do swej dawnej wsi i zobaczyć na własne oczy, co się tam dzieje. Był czas żniwny. Znanymi sobie ścieżkami leśnymi młodzieniec podszedł blisko terenów, gdzie dawniej był ich lauks. Prawie nie poznał okolicy. Ze ściśniętym sercem zauważył, że nie ma już Świętego Gaju! Biedne Duchy Ojców, gdzie one teraz mieszkają? Za to łan zboża jaki objął wzrokiem, był o wiele rozleglejszy niż niewielkie poletka, do jakich jego oko przywykło. Była to dorodna pszenica. Domostwo, jakie zobaczył, też nie przypominało zagród pruskich – nie było obronne! Niedaleko od tego domu było jeszcze kilka innych. Czemu one stoją tak blisko siebie? Nie mógł tego zrozumieć Miligedo.

Comments are closed.