You are here: Home > Legendy > Święty dąb

Święty dąb

Na skraju lasu rósł stary dąb. Ile miał lat, któż może wiedzieć. Koronę miał tak gęstą, że nie przedostawał się przez nią ani śnieg zimą, ani deszcz w lecie. Połyskiwały w słońcu jego moc­ne ramiona, jesienią zdobiły go złotobrązowe żołędzie jak klej­noty. Często lubił odpoczywać w jego cieniu sam Perun – bóg o czerwonej twarzy i oczach ciskających błyskawice, gromy i bu­rze. Ale dziwne było to, że na najwyższym konarze dębu lubił też odpoczywać wesoły, piękny bóg urodzajów Potrimpus.

U stóp dębu płonął święty ogień. Składano tu ofiary. Perun kochał się w krwawej ofierze. Stary kapłan zabijał wołu, a kroplami krwi zraszał korzenie świętego dębu. Wówczas Perun uciszał się, cichły gromy, burze i błyskawice, a stary kapłan wkładał na skronie wieniec z dębowych liści na znak, że Perun przyjął ofiarę i jest zadowolony. Składano tam również i złote snopy dla boga Potrimpusa, snopy przetykane szafirem bławatków i czerwienią polnych maków. Wtedy Potrimpus uśmiechał się wesoło – a wokół dębu tańczyły jasne promienie słońca. Stary kapłan od dawna pełnił służbę przy świętym dębie. Od kiedy – sam już nie pamiętał. Kochał tę ziemię, jej piękno i urok, jej jeziora świetliste, kochał las szumiący i ciemny, białokore brzozy i jarzębiny zdobne w czerwone korale. Dziękował za jej ciszę i spokój. Ale pewnego dnia usłyszał tętent końskich kopyt. Nie jeden to był jeździec, nie swoi to nadjeżdżali. Wiatr przy­nosił słowa w dziwnym, obcym języku. Wytężył wzrok starzec.

–  O, Perunie! Białe płaszcze! Czarne krzyże!

Stary kapłan zerwał się. Co czynić ? Padł na ziemię i poczołgał się w gąszcz boru. Jak wicher obok dębu przelecieli ludzie na koniach. Białe płaszcze rozwiewał wiatr. Na­woływali się, śpieszyli, mignęli jak straszna, zła wichura i potem wszystko ucichło. Długą chwilę leżał stary kapłan w ukryciu, a gdy odważył się wrócić pod święty dąb, ujrzał pod nim małą, skuloną na kamieniach ofiarnych, jasnowłosą dziewczynkę. Na widok starca zbladła i zakryła oczy rączkami. Długo musiał ją uspokajać, gładząc po jasnych włoskach.

–  Skąd jesteś? Gdzie twoja mama?

Dziecko nie rozumiało jego mowy. Mówiło coś ze strachem, w obcym języku. Z gestów wywnioskował, że dziecko zostało porwane, że porwali je ludzie w białych płaszczach. Stary kapłan wziął małą znajdę w opiekę. Po kilku dniach wywnioskował, że mała ma na imię Bogunka. Polubił ją starzec i została mała Bogunka ze starym kapłanem u stóp świętego dębu. Upodobał ją sobie także radosny bóg Potrimpus. Gwizdał w konarach dębu wesoło, gdy Bogunka splatała wieńce z polnych kwiatów. Żółta dzie­wanna połyskiwała złotem w słońcu, czerwieniły się maki, wesoło połyskiwały białe rumianki. Stroiła wieńcami stary dąb. Ale pochmurny Perun nie lubił jasnowłosej dziewczynki. Wiedział, czyją była córką – ludzi, którzy ścinali jego święte dęby i nie oddawali mu czci. Powodował więc coraz sroższe burze. Deszcz gasił wieczysty ogień, ¿o płonął u stóp ofiarnego kamienia. Na próżno stary kapłan starał się go ułagodzić, na próżno składał przeróżne ofiary.

–    O, Perunie! Nie żądaj krwi tego dziecka! – modlił się w duchu. Ale Perun zdawał się nie słyszeć próśb starca. Gniew jego rósł i potężniał. Bogunka spała spokojnie, nie przeczuwając nieszczęścia, które nad nią zawisło.

Siedzi stary kapłan i duma, jak ratować dziecko? Nagle z najwyższej gałęzi dębu ze­skoczył wesoły Potrimpus. Przestraszył się stary kapłan, kłania się nisko bogowi uro­dzaju.

–  Ty wszystko wiesz, Potrimupusie.

–    A wiem, wiem. Ale wiem i to, że nasz Perun jest bardzo stary i wzrok mu osłabł. Ukryj dziecko w lesie, a sam obsyp kamień ofiarny koralami jarzębiny.

Potrimpus zagwizdał wesoło i już go nie było. Otworzył starzec szeroko oczy. Czy mu się wszystko przyśniło? Kiedy księżyc ukrył w chmurach swą twarz, ukląkł starzec a stóp dębu, wziął dziewczynkę na ręce i zaniósł w głąb lasu. Ułożył ją na posłaniu z mchu, sam narwał czerwonych jarzębin, wrócił i posypał nimi ofiarny kamień. Nad­chodził świt. Różowiło się niebo. Jaśniało. Zaszumiał, zaszeleścił liśćmi stary dąb.

Nagle rozszalała się wichura. Zaczęły bić pioruny.

-Jak śmiałeś, nędzniku, mnie oszukać? – zabrzmiał potężny głos.

Uderzył piorun, a kapłan upadł na ziemię. Zapłonął stary dąb. Bogunka przerażona wybiegła z lasu. Ale Potrimpus czuwał. Porwał ją na ręce i ukrył w starej dziupli. Dłu­go płonął stary dąb. Rozszalała burza zdawała się nigdy nie kończyć. A kiedy wszyst­ko ucichło i wróciła Bogunka, znalazła zgliszcza i zwłoki swego opiekuna, dobrego, starego kapłana. Płakała skulona. I tam znaleźli ją rodzice. Potrimus – uśmiechnię- ty, wesoły bóg urodzajów pokierował ich krokami. Jak byli szczęśliwi z odnalezienia dziecka – trudno opowiedzieć. W miejscu, gdzie rósł święty dąb, wybudowali kaplicę, i później małą świątynię.

Nastały inne czasy, przemijały wieki, różne wichry przechodziły nad światem, ale kościół w Rogożu na Warmii stoi tam, gdzie płonął ongiś święty ogień i szumiał święty dąb – tam właśnie, gdzie stary kapłan ocalił życie małej Bogunce.

Comments are closed.