You are here: Home > Legendy > Strażnik wałowy z Koźlin

Strażnik wałowy z Koźlin

Wały rzeczne na Żuławach pełnią niezwykle ważną funkcję. Nie wolno ich zaniedbać, mu­szą być utrzymane należycie, wciąż ulepsza­ne i niezwykle pilnie strzeżone. Od ich stanu zależy życie mieszkańców Żuław. Przerwanie wału grozi zalaniem krainy, wówczas woda pochłonie i ludzi i ich majątki.

W dawniejszych czasach istniał specjalny urząd głównego wałowego, a podlegali mu strażnicy wałowi. Byli to mężczyźni sumienni, rozsądni i zdecydowani. Tylko tacy mogli strzec lu­dzi i ich majątków. Ufano im. Takim właśnie człowiekiem był strażnik wałowy z Koźlin.

Szczególnie niebezpiecznym okresem dla Żuław była wcze­sna wiosna, kiedy topniały śniegi i lody. Wtedy wody Wisły i Nogatu podnosiły się znacznie i wszyscy bali się powodzi. Strażnik miał wówczas dużo pracy. Musiał stale czuwać.

Którejś wiosny wody podniosły się nadzwyczaj wysoko. Strażnik każdego dnia objeżdżał na swym wspaniałym siwoszu wały i wyszukiwał miejsc szczególnie narażonych na uszkodze­nie. Tak było przez wiele dni. Okoliczna ludność błagała Boga, by utrzymał wodę w ryzach.

– Módlmy się o wytrwałość dla wałowych i robotników – za­chęcał proboszcz. – Od nich wiele zależy.

Wałowy również w duchu się modlił.

Wody zaczęły powoli opadać. Najgorsze minęło. Mieszkańcy cieszyli się i świętowali. Strażnik raz jeszcze objechał teren, by sprawdzić stan wałów. Pod koniec dnia dojrzał niewielki otwór wydrążony w wale przez wydrę. Pomyślał jednak, że zajmie się tym nazajutrz. Przecież wody opadły i bezpośrednie niebezpie­czeństwo minęło.

– Robotnicy świętują, nie będę wołał ich tylko po to, by załata­li tak małą dziurę. A i ja jestem już zmęczony. Jutro z samego rana przyjadę w to miejsce i sprowadzę tu ludzi. Dziś niech się bawią.

Niestety, w nocy zerwał się silny północny wiatr. Wody i kry lodowe zaczęły się spiętrzać i cofać. W mgnieniu oka powstał za­tor lodowy i poziom wody podniósł się jak nigdy dotąd. Nikt po­czątkowo tego nie zauważył. Ale gdy tylko dostrzeżono niebez­pieczeństwo, zbudzono wszystkich. Strażnik jak oszalały galo­pował na siwoszu w kierunku miejsca, w którym wczoraj za­uważył dziurę. Było już jednak za późno. Woda przerwała wał i wdarła się na pola, wkrótce miała zatopić domy i zagrody.

Strażnik podjechał blisko. Zsiadł z konia. Patrzył, jak woda z olbrzymią siłą wyrywa kolejne ziemne fragmenty wału. Nic już nie mógł zrobić. Oskarżał siebie samego o nieuwagę i nie­kompetencję; obwiniał się o to, że przez własną niedbałość ścią­gnął na ten kwitnący kraj spustoszenie. Zatrwożyła go moc zniszczenia. Niewiele myśląc, wskoczył znów na konia. Ruszył galopem po wale. Pędził, jakby stracił rozum. Ludzie widzieli go, wołali, krzyczeli. On ich nie słyszał. Spiął konia i… skoczył do rzeki. Wody najpierw rozstąpiły się gościnnie, przyjęły ko­nia i jeźdźca, po chwili zamknęły się nad nimi obojętnie. Szare, wzburzone, zachłanne.

Od tej pory co roku, gdy nastaje czas wiosennych roztopów, pokazuje się przy Wiśle jeździec. Widać go tam, gdzie wał jest zniszczony, nadwerężony. Strażnicy wiedzą, że to znak dla nich. Muszą przyjrzeć się tym miejscom szczególnie uważnie.

Comments are closed.