You are here: Home > Legendy > Sprawiedliwość Mistrza Rybickiego

Sprawiedliwość Mistrza Rybickiego

Dawno temu Szkarpawa była dużą rzeką pełną ryb. Kiedy Krzyżacy zawładnęli Żuławami, utworzyli tu okręg, którym gospodarował Mistrz Rybicki. Miał on swój zamek i poddanych. Zatrudniał rów­nież parobków, którzy codziennie o świcie wypły­wali na rzekę i Zalew Wiślany, by powrócić wie­czorem z pełnymi sieciami. Oczywiście to, co schwytali, należa­ło do pana, który rozliczał się z nimi dopiero po połowach. I tyl­ko jego łasce zawdzięczali prawo, które głosiło, że małą i śred­nią rybę mogą zatrzymywać dla siebie. Duża ryba należała za­wsze do mistrza.

Nastał jednak czas, kiedy ryby w wodach było mało. Nikt nie wiedział dlaczego. Mistrz – Wilhelm von Tossenfeld – za­rządził wówczas, że rybacy muszą oddawać cały połów. Zmar­twili się parobcy. Dotychczas powodziło im się dobrze, bo za­wsze, gdy podpływali do portu, czekali już tam na nich oko­liczni mieszkańcy. Przychodzili po rybę, a przynosili w za­mian pieniądze lub piwo.

–      Czy to sprawiedliwe, że Mistrz zakazał nam brać to, co nam się należy? – szeptał rozgoryczony Szymon, gdy wystawia­li skrzynie z rybami.

–    Sam nam dał takie prawo, więc może je odebrać – zauwa­żył Łukasz.

–     Owszem, prawo ustanowił Mistrz, ale przysięgał wobec Boga. To tak, jakby sam Bóg nam je dał!

–    Nie unoś się – próbował go uspokoić Łukasz. – To przecież tylko na jakiś czas.

Ale tego dnia do portu przybyło wielu smakoszy rybnych i przyniosło wiele kufli z piwem… Zachęcali rybaków, by odstą­pili im co nieco. Ci długo się namyślali. Ale wreszcie przekonał ich kucharz Jacek. Był to przebiegły człowiek. Codziennie przy­chodził do portu, by zabrać rybę dla swego zwierzchnika, ale za­wsze coś sobie z tego odłożył. Tym razem wziął rybę dużą na pięć łokci, przygotował i przehandlował wraz z rybakami za pi­wo. Robił tak jeszcze wiele razy.

Wkrótce sezon połowów się skończył. Parobcy przyszli po zapłatę. Wówczas mistrz zapytał:

–    Czy przestrzegaliście mojego zakazu?

–    Panie – wystąpił z tłumu Szymon – zakaz twój był przeciw­ko Bogu i prawu, które sam ustanowiłeś. Nie mogliśmy go usza­nować i w przyszłości też tego robić nie będziemy.

Rybacy kiwali potakująco głowami.

Odpowiedź rybaka była śmiała i szczera. Wilhelm popatrzył na niego.

–   Jesteś odważny – powiedział – i prawdomówny. Zrobiliście źle, ale nie ukrywacie tego. Jednak nie mogę być dla was pobłaż­liwy! Zmuszaliście niewinnego człowieka, by wam pomagał. Kazaliście mojemu słudze, kucharzowi, patroszyć i dzielić rybę. Za to spotka was surowa kara.

–    Ależ Panie! – padł na kolana Łukasz. – To nieprawda! Ku­charz nam pomagał, ale dlatego, że widział w tym zysk dla siebie.

A nawet sam nas do tego zachęcał! Wybrał największą rybę i przy­rządził z niej zupę. Potem sprzedawał ją za duże porcje piwa.

–    Kucharzu! Kucharzu! – zatrząsł się ze złości Mistrz – Mam dość tej obłudy! Jadłeś moją rybę?!

–    Nie, Panie, nie – dygotał ze strachu Jacek. – Nie jadłem ry­by tylko zupę. Oni – wskazał na rybaków – zjedli twoją rybę.

Wilhelm się zamyślił. Dumał długo. I kucharz, i rybacy cze­kali na to, co powie.

–   Oto, co postanowiłem – przemówił wreszcie. – Jeśli chcecie powiesić tego smakosza zup, nie będę wam w tym przeszkadzał – zwrócił się do rybaków. – Ale gdy darujecie mu życie, to on wy­mierzy wam sprawiedliwość.

Parobcy nie zastanawiali się długo. Wyprowadzili kucharza i powiesili go na wysokiej topoli.

Nikt już dziś nie pamięta o tamtych wydarzeniach. Zostało tylko przysłowie, które znane jest w języku niemieckim: Ten, co zupę jadł, został powieszony. Ci, co rybę jedli, uszli z życiem.

Comments are closed.