You are here: Home > Legendy > Śmierć świętego Wojciecha CZ.4

Śmierć świętego Wojciecha CZ.4

Jakiż się to gorzki żal wywinął za cichą winnicą o pniach grubych, czcigodnych, sze­regiem rosnących pod murem Serviusa Tulliusa! Ile marzeń spoczęło w tych bryładi wielkości wołu karmnego, w arkadach spojonych własnym ich ciężarem a otulontmi bluszczami!

Wspomnienie ponosiło duszę wzdłuż tamtego muru, biegnącego między świętą Pniską, Balbiną i Sabą wzdłuż mętnej wody Tybru aż do piramidy Cestiusza. Oczy wi­działy znowu ukochaną glebę ogrodu, gdzie motyka, roztrącając bryły zeschniętego wapniaka, naloty piaskowe i grudy trawertynu, dźwięczała uderzając o ruiny pogań­skie. Mówiono, iż są to ruiny świątyni Diany, iż są to grobu Re mus a podstawy. Kroi prawdy się dowie? Dobrotliwa jagoda winnicy ciężko i sennie zwisała ponad tą ziemią zdeptaną przez niezliczone pokolenia półbogów, bohaterów i biednych, ciemnych prostaków – łagodnie dojrzewając w słońcu, które pali pożarem kamienie Termów Karakalli w nizinie za świętą Balbiną, kamienie wielkiego zburzyszcza Circus Maxi­mus w dolinie zwanej Murcia, między Awentynu i Palatynu wzgórzami, i pada ogni­stym pożarem na odwieczną drogę Moletta, przecinając dwa bliźniacze awentyńskie pagórki. Wszyscy przeszli tą drogą Moletta z południowego cypla Remusa, dążąc do Rzymu, stolicy ziemskiego okręgu – przebiegli, oddalili się, znikli. Święta cisza zo­stała. Tą oto drogą Moletta przewieziono zwłoki świętego Aleksego wśród ciżby nie­zmiernej narodu, który nie chciał się rozejść, choć złoto i srebro na tę drogę rzucano, ¿żeby przejście otworzyć.

Aleksy, pojąwszy za żonę córkę potężnego cesarza, w noc ślubną rozłączył się z żoną i Leżał przed bramą kościelną tak długo, aż się serce Bogarodzicy wzruszyło. Wiatr go przynosi z Edessy do Rzymu. Ojciec go nie poznał i nie poznaje go żona…

Zatęskniło się, pożaliło za braćmi – za Janem z rodu Canapariów, dobrym i chorym – za Janem mądrym w Bogu, z rodu Campaninusów – za Teodorem, arcybiskupem Egiptu, milczącym – za Lwem, Opatem. Alboż nie byli jak narcyzy i glicynie bezgrzeszni, czyści w sobie, niewinni? Alboż nie byli jako święty Aleksy? Cóż ich z czterech węgłów świa- zjł do tej pustelni przygnało? Czyż nie tego samego szukali? Poślubili dobrowolnie xbostwo na wzór Świętego, gotowi byli spać pod schodami w ojczystym domu, nie- : “ ani i wzgardzeni, wyrzekli się dostatków, władzy, sławy. Pogrążyli się w rozmyślający żywot na Awentyńskiej Górze, wędrując ku temu miejscu z Azji, Syrii, z Egiptu, z północy i zachodu Europy. A inni, goście – Grzegorz, krewny cesarzowej Teofanu, Notker, biskup leodyjski, Abbon, opat Floriaku, Majol Odilon, Jakub z Afryki i nieszczęsny, najnieszczęśliwszy na ziemi Filagatos… Grecy . Syrowie, Słowianie i Niemcy, Francuzi i Włosi. Poszukiwacze ciszy i ubóstwa, marzenia w spokoju i badania swej duszy.

-I coż Nilus? Przemądrzały Grek, doświadczony profesor, głęboki sybaryta, przewi­dujący abnegat? Azaliż nie przedarł się za młodu przez wszystkie arkana i tajemnice zbytku, rozwiązłości, rozpusty? Azaliż nie poznał i nie zużył wszystkiego, co daje bo­gactwo, władza i przemoc? Czyliż nie wykwitem egoizmu, objawem subtelnej arysto­kracji, przenikliwą i ostrożną świadomością środków przedłużenia życia na ziemi jest jego wyrzeczenie się przesytu i zbytku, którym się przejadł i znudził, a poślubienie mądrego niedosytu i przezornej higieny? Cóż jest wart jego wiekuisty spokój myśli­ciela, lingwisty i kaligrafa, jego niewzruszona obojętność na burze świata w zaciszu pustelni – wobec skrytych męczarni, straszliwych popłochów i tortur wewnętrznych „zbrodniarza” Filagatosa albo zamysłów i pasyj Bolesława Rudego? Zimna jego dusza dba o siebie, o uratowanie, zbawienie samej siebie spośród oceanu ludzkich żądz i udręczeń. Wchłonęła w siebie niebiosa i ziemię, siebie samą ponad świat przeniosła i postawiła na miejscu wszechświata. Nilus odwrócił się od ojcobójców, którym pasja miłość i rozum wyżarła, od tyranów, którzy noszą w duszach dziedzictwo pradzia- dowskich i ojcowskich zbrodni, od dzieciobójczyń, które dźwigają na wątłych swych barkach gusła plemion i straszliwość wspomnienia uczynku wykonanego ich rękoma przez stulecia ciemności – od zbrodniarzy, zdrajców, katów, którym dzieła popełnio­ne odebrały ostatniego towarzysza i ostatniego przyjaciela: sen głęboki. Nilus spo­kojnie zasypia w Panu, nic nie czując okrom troski około doskonałości swej duszy,

Starzec ów w izbie pustelniczej pod Bari, w cieniu odwiecznych dębów Valla Luce? Dzban wody i garść zeschłej figi. Kamień w kącie izby jako poduszka pod głowę. Ubo­ga i znoszona szmata jako odzież. Święte pismo tworzonych z trudem palimpsestów na starannie zatartych rozpustnych utworach starożytnych pisarzów. Poznanie się, pozdrowienie, wejrzenie oczyma w oczy, objęcie duszy przez duszę. Rozmowy czaru­jące nie o tym świecie, lecz o tamtym, odnalezienie w sobie samych substancji aniel­skich i pobratanie się ich, zaznajomienie do najgłębszej iścizny, ażeby samowtór iść ku światłu wiecznemu. Praca nieustanna, wytrwała, w każdej minucie z tym samym podejmowana męstwem, ażeby pokonać w sobie zwierzę, rozpustnika, łotra, zbójcę, okrucieństwo, tyranię, żądzę sławy i nałóg dosytu. Wysiłek wieczny, ażeby wyłamać ze siebie istność inną, ponadzwierzęcą i ponadludzką, anielską. Wysiłek wieczny, ażeby być nieznanym, zapomnianym, być z dala od wszystkiego, co jest sławą, być po­kornym, być cichym, być niczym, być sobą samym, być dobrym dla dobra, być uśmie­chem i w łasce.

–  O, mistrzu, o, bracie… – westchnął apostoł – ave atque vale…

Rozchyliły się połacie nowocerkiewskich, jemlickich i leczkowskich lasów. Wielka rzeka, wyrwawszy się ze stromych swych brzegów poszarpanych w dzikie jary, płynęła przebogatą, urodzajną niziną.

Olbrzymie białodrzewa, wiązy, wierzby i brzozy zasłaniały widok na nieobeszłe ob­szary traw i kwiecia, ponad stawiskami i w błotach między Nogacią i Wisłą a między ramionami Wisły i Motławą. Gdy zaś krypa przybiła do rozdziału strumieni idących na północ, wschód i zachód, jako Stara Wisła, Szkarpawa i Leniwka, przewoźnik na zachód rudło wykręcił, w rozlewną Leniwkę, i cichaczem tej wody, sitami i trzcinami zarosłym, obok Pastwy Bąsackiej i Krakowy a popod wzgórzystą Mierzeją, wysokich sosen, lip i buków pełną, popychał statek wiosłami. Widać było na zachodzie i pół­nocy tej strony wzgórza wyniosłe, ciemnym tęgoborem okryte. Ku tym to wyżynom skierował wioślarz swą szkutę skręciwszy w łożysko rzeki, którą nazwał Motławą. Ciężko pracując wiosłami posunął się pod wodę i w oddali na tle garbatych pagórków w widłach rzecznych ukazał strzechy, drewniane tyny, ostre płoty i zamczyste brony grodziszcza, które Gdańskiem nazywał.

Trzej wysiedli ze statku i minąwszy rybacką osadę, między Wisłą, Motławą i Radunią tam i sam rozrzuconą, poszli ku zaworom grodziska. Zamek stał na wyniosłych posa­dach, ze wszech stron otoczony obronnymi ścianami, grubo gliną umocnionymi od dołu. Głębokie rowy spleśniałą napełnione wodą otaczały ościenie głodowe, zwodzo­ne mosty były podźwignięte, a wrzeciądze olbrzymich dębowych belek zaciągnione na brony potężne. Przybysze oznajmili się strażom i wpuszczeni zostali. Znalazłszy w gdańskiej warowni, od trzech lat zdobytej przez króla Bolesława polskiego, załogę wojskową, apostoł z towarzyszami przebył tam czas niejaki.

Głosił w zamku i w rybackiej osadzie ewangelię Chrystusa. Dowódca grodu, Zmysł wojewoda z rodu małopolskich Gryfitów, dał mu żołnierzy, wioślarzy i wielką łódź, która bożych wędrowców poza Radunię, Motławę i Wisłę na pełne morze wywiozła. Rozwinąwszy żagle przez wiatr zachodni wydęte, popłynęli we wschodnią stronę. Mknęli wzdłuż Mierzei Wiślanej i Świeżej, a nocą wylądowali kędyś w kraju sambij- skim, na południowym cyplu Kurońskiej Mierzei, dokąd już nie sięgało Bolesława ramię.

Z tego miejsca trzej samotnicy odesłali z podzięką statek polski i całą jego załogę, żołnierzy i flisów do gdańskiego grodziska. Zostali na piaszczystym wybrzeżu, spłu­kiwanym przez fale. Noc przepędzili w pustkowiu, na owym lądzie nieznanym. Ran­kiem spostrzegli wioślarza, który ich był w dół Wisły aż do Gdańska przeprawiał. Ten to ich przewiózł swą łodzią na wyspę śniącą wśród drzew olbrzymich w ramionach -jscia rzecznego.

Przywdziawszy strój swój biskupi apostoł i dwaj towarzysze – Radzym, Bogusza – po­deszli do mieszkań człowieczych.

Lecz skoro zakołatali we wrota osiedla, mieszkańcy tłumem wielkim wybiegli i wśród krzyku dzikiego precz ich pędzili od proga. Jeden z nich, pogański ofiarnik, uderzył biskupa w plecy włosiem i powalił na ziemię. Odszedłszy tedy z tej niegościnnej osa­dy, przeprawili się na drugi brzeg rzeki i weszli na targowisko zwane Cholin. Tam jeden z mieszkańców zaprosił ich i do domu swego wprowadził. Na wieść o tym zgro­madziła się wielka liczba ludu pruskiego natarczywie pytając:

–  Kim byli? Skąd przyszli? Dlaczego wylądowali w tej stronie?

Apostoł przemawiał, a Bogusza tłumaczył na mowę tameczną, iż są Słowianami, z zie­mi Polan przychodzą, którą Bolesław dla Chrystusa pozyskał. Biskup jest sługą Tego, który ziemię i niebo utworzył. Przychodzi zaś, ażeby ich wyrwać z rąk szatana.

Na te słowa tłum podniósł wielki krzyk, pełen zniewag i bluźnierstw. Wywijano ma­czugami ponad głową przychodniów, tupano nogami, bito pałkami w ziemię grożąc śmiercią, jeśli natychmiast tam, skąd przyszli, nie wrócą.

Kunigas Cholinu przez usta Boguszy oświadczył:

–  My i cały nasz kraj mamy swoje prawo i jednym obyczajem żyjemy. Jeśli z pośpie­chem nie opuścicie tej ziemi, zginiecie jutro, bo wy według innego prawa żyjecie.

Przynagleni rozkazem wodza i groźbami tłuszczy weszli do łodzi i wrócili na brzeg Świeżej Mierzei. W ciągu pięciu dni przebywali w pewnej okolicy, a na szósty dzień wczesnym rankiem odeszli stamtąd, dążąc ku Gdańskowi, w stronę południowo-za­chodnią. Około południa wybrnęli z gęstego lasu i na polanie stanęli. Tam Radzym przede wszystkim odprawił nabożeństwo, a biskup Wojciech przyjął komunię.

Z głęboką wewnętrzną radością przeżywał wieczne mszy misterium. Zagłębiał się w cud wyrazów nigdy nie gasnących, które obejmują – niby ramy, okowy i zawiasy – życie i śmierć, a między życiem i śmiercią ukazują przeczysty, biały chleb miłości. Tylekroc przeżyty obrzęd mszy stał się dlań nowiną widzianą pierwszy raz, zasłyszaną teraz dopiero. Jakże mu było w sercu radośnie widzieć oczyma ścieżeczkę między życiem a śmiercią, szlak między tym i tamtym światem, który się we mszy pośród mroków rysuje! Jakże niebiańską była pogoda roztoczona nad wszemi słowny, nad wewnętrzna zawartością słów, nad spokojną wiedzą w nich o śmierci! Każdy dźwięk wezwań z wyższa, który w stadach wilków, zbójców, zdrajców, tępicieli, oszustów i zbrodniarzy odnajduje tylko synów bożych i braci anielskich, a w ciałach zmazanych krwią i bru­dem odnajduje duszę, trafiał na miejsce przeznaczone i budził w sercu uczucie aniel­skie. Rozkaz podniesienia serc w górę zaiste podnosił serce do Boga. Rozkaz zapale­nia w sobie płomyka modlitwy rozniecał tak żarliwą i płomienną, iż ciało odpadało z ducha na wzór szaty znoszonej i ciężkiej od brudu. Duch sam znajdował miejsce swe przed obliczem Boga, głosząc ze drżeniem, z rozkoszą wiecznie nową i zachwycająca:

–  Święty, Święty, Święty!

Gdy kapłan Radzym podnosił kielich ofiary w górę, biskup klęczący za nim doznał złudy niebiańskiej, która go nieziemską napełniła radością. Zdawało mu się, że kie­lich ten wznosi się ponad drzewa wysokie i stare, że dotyka nieprzezroczystych ob­łoków i błękitu nieba. Co więcej – wydało mu się – a doświadczał tego dotykalnym, ¿zycznym czuciem poderwania siłą tajną nad ziemię i podźwignienia w powietrze

–  iż to ten umiłowany brat, w którego żyłach ojcowska Sławników krew płynie, choć ¿o innej matki wypiastowało łono – podnosi go niby wino świętego kielicha ofiary drżącymi rękoma, wśród płaczu i modlitwy trzyma wysoko i że go w niebiosa podac. Słodko tak było leżeć w przestworze na drżących a nieomylnych dłoniach brater­skich, wysoko-wysoko, w niebiańskim zachwycie i prosić się najżarliwszą modlitwą s Boga nieśmiertelnego, aby go już odebrał z tej ziemi, ażeby go już przyjął i wziął z braterskich rąk omdlałych i do swego łona przytulił. Kołysało się serce wzburzone na wzór gałęzi dębowych, co sploty poplątanymi zwisały nad głowami zwiastunów.

 

Comments are closed.