You are here: Home > Legendy > Śmierć świętego Wojciecha CZ.3

Śmierć świętego Wojciecha CZ.3

Cesarz! Bruno, krewniak cesarski – Grzegorz V – wypędzony przez Krescencjusza. Krescencjusz młodszy, wódz Rzymu, wiekuisty spiskowiec przeciwko władzy Niem­ców nad Italią, poszukiwacz na całym świecie, aż do obozowisk polskiego Bolesława Chrobrego, wrogów swego wroga, niemieckiego cesarza – straszliwie przez Tammona skrwawiony. Trup jego kołysany wiatrem tam właśnie, w sercu Rzymu.

Jan Filagatos, umiłowany Greczyn, opat Nonantoli, arcybiskup Placencji, ambasa­dor i nauczyciel cesarski, przyjaciel cesarzowej Teofano, sojusznik Krescencjusza, po śmierci Jana XV wyniesiony na papieskie krzesło jako Jan XVI – „niewinny”. Trup jego wiszący na haku, tam właśnie, w sercu Rzymu! Z rozkazu cnotliwego cesarza, zwanego mirabilia mundi! Na rozkaz swego antagonisty, Niemca Brunona, Grze­gorza V, zraniony straszliwie, z obciętymi uszami i obciętym nosem, z kikutami rąk odrąbanych po łokcie, z wyrwanym językiem i wyłupionymi oczyma stawiony przed kolegium kardynałów po wywleczeniu go z więzienia… Młody papież Grzegorz sta­nąwszy przed swym przeciwnikiem zdziera szaty pontyfikalne z żyjącego trupa, każe nagiego wywlec na ulicę, przywiązać tyłem do osła w taki sposób, ażeby resztkami rąk musiał się trzymać ogona – każe oprowadzać po ulicach wśród rozradowanego tym widokiem, strasznego motłochu. Każdy miał prawo lżyć i bić antypapieża, a on sam musiał przed straszliwą swą śmiercią obwozić na sobie napis: „Oto jest kara na tego, zo chciał zegnać z tronu rzymskiego papieża”. Prawo!

Prawo namiestnika Baranka Bożego… Szepty ciche o siedemnastoletnim papieżu Janie XII, iż się zaprzedał diabłu i pił za jego zdrowie – iż grając w hazardy wzywał Jmnony i Wenery – iż dziecię dziesięcioletnie mianował biskupem  laterańskiego uczynił dom publiczny – iż utrzymywał liczne nałożnice – iż w ciągu  ośmioletniego pontyfikatu kazał okaleczyć, oślepić i więzić mnóstwo prałatów

– iż nosił miecz, szyszak i pancerz…

Wielkie konwie kipiącej oliwy, ukrop, stosy młyńskich kamieni, belki i złomy muru padające głowy i tarcze sług marzyciela, cudu świata. Kapitulacja Krescencjusza i przyjęcie e- przez młodego cesarza. Wtedy Krescencjusz wychodzi ze swej niezdobytej fortecy,zeby wstąpić – o hańbo! o podła zdrado! – na najstraszliwszy z szafotów! Przekup- «rwo, zdzierstwo, rządy kobiet na dworze papieskim.

Serce zatrzęsło się od wspomnień, od ohydy. Krwawe dzieje płynęły wszędy długimi saacuchy. Krew rodowa w oczach ściekała znowu po stopniach ojczystego zamku. Ze­msta wybuchająca z dna duszy, jak wybucha ogień i dym z otworzeliska wulkanu nad ¿ararowym morzem, przygaszona nadludzkim wysiłkiem woli, zakazana samemu so­lne, świętym znakiem odpuszczona, zalana wodą miłości.

 

Pokój Wrszowicom! Pokój Bolesławowi Rudemu! Pokój mordercom i miłość katom, którzy przyszli wydrzeć z kościoła cudzołożnicę, ażeby jej młodą głowę odrąbać. Wszakże i oni opuścili top or y, gdy naprzeciwko nich samotny mężnie wyszedł. Pokój przyjaciołom – Krescencjuszowi i Filagatosowi Grekowi, wrogom cesarza, „niewin­nym”, męczennikom!…

Lecz na popieliszczu, zalanym tak do cna wodą odpuszczenia, wałęsa się perzyna żalu i błąka się dym smutku, którego żadna już w duszy moc rozegnać nie może. Gdzie­kolwiek odwrócić wzrok – wszędzie nienawiść, zemsta, przemoc, zdrada, gwałt i prze­szywający na wskroś jak miecz – śmiech tryumfu ślepej siły. I tak oto zamknął się krąg przypomnień. Słowo odpowiedzi zamarło na ustach. Nie było co rzec młodemu przewodnikowi o świecie dalekim Południa. Ręka podniosła się sama, ażeby błogo­sławić żywotowi pozaludzkiego, widzialnego świata. Oczy upadły na lśniący grzbiet szczupaka, zieloną, nieprzeniknioną ciemność wodnej głębiny udający, co się cza­ił w przezroczystej topieli, ni to pocisk drapieżny, żądny żeru i zemsty za istnienie ofiary jego żądzy. I runął piękny, wysmukły szczupak, kat żywotowi swych własnych dzieci nie przepuszczający, w srebrzysty blask niewinnej ploteczki, co miłością ogar­nięta, swawolnie w głębokiej, ruchomej podłodze wiślanych wód tańczyła. Ciemny obłok zasłonił oczy wędrowca, a myśl rozdwoiła się nie wiedząc, komu z tych dwojga błogosławić? Oczy uciekły od widoku morderstwa, a szukając dla siebie dziedziny i pocieszenia w niebiosach, trafiły na chyże rzuty płowych skrzydeł śnieżnogłowej i wielkodziobej rybitwy, co się nad falą wznosiła i zniżała czatując na żarłocznego szczupaka.

Przymknęły się oczy. Myśl uciekła daleko. Odetchnęła, wspominając niewinne i nie krzywdzące nikogo główki pochyłych narcyzów i sploty bławej glicynii, dobrej, nie­winnej i czystej w sobie, za wysokimi murami na Awentynie, w Aleksego klasztorze- Przypomniała się w krótkim widzeniu biała głowa Soracte w lazurowym upale. – Przy ­tulił się do nozdrzy zapach rozkwitającej topoli, od wzgórza świętej Saby niosący sic drogą gliniastą, starą via Ostiensis, wygrodzoną opłotkami z tarniny.

Comments are closed.