You are here: Home > Legendy > Śmierć świętego Wojciecha CZ.1

Śmierć świętego Wojciecha CZ.1

Nad nieskończoną puszczą kwietniowe płynęły obłoki, gdy trzej wędrowcy: Wojciech zwany Adalbertem, Radzym zwany Gau­dentym i kleryk Bogusza zwany Benedyktem, wybrnąwszy na­reszcie z kniei, ujrzeli przed sobą rzekę. Minąwszy setki leś­nych, górskich i nizinnych okolic, płynęła niezmierna, od wód wiosennych wezbrana, zalewając brzeg niski i zmulonymi pia­ny kąsając wysokie ostrego lądu urwiska. Nie mogła zmieścić się w łożu mocnym, obrosłym bezbrzeżnymi lasami, toteż pra­wa jej Nogać odpadła we wschodnie niziny i tworzyła nieprzebyte strumienie i mo­kradła, jeziorzyska i błota, oblegające wielkim opłazem szeroki gościniec. Widzieli przed sobą jak gdyby Noteć drugą, którą właśnie wyminęli przesmykiem suchym koło Tum. Stali w miejscu, nie wiedząc, w którą iść stronę.

Lecz oto los zdecydował o dalszej podróży: ujrzeli tratwę rybacką zbitą z kloców jod­łowych, przypartą do spychów wysokiego pobrzeża. Na bocznym poganiaczu tej pła- waezki drzemał człowiek. Zagadnęli go mową słowiańską, czyby ich nie powiódł w ioł rzeki. Chętnie przystał. Rzekł im tą samą słowiańską mową, iż właśnie na Wiśle te i siecią i paczyną na życie zarabia. Wstąpili tedy do jego krypy prostaczej. Młody rybak ujął w dłonie długie łopaty wiosłowe, odepchnął od brzegu stateczek swój i po- wiozł ich wartem skłębionym ponad wydartym w toni spodem.

Widzieli przed sobą po prawej i po lewej ręce lasy wielkodrzewe, prastare, zielone od coron sosnowych. Puszcze te młodziuchna wiosna baziami brzóz i rozkwitającego r .aiodrzewia przetykała. Ukazywały się przed ich oczyma i nikły w smugach rozle­wisk olbrzymie gnaty dębów i lip, odarte jeszcze z liści – rude polany, obłysiałe pagór- ii i ledwie zieleniejące mokradła. Korytem, przed wiekami wyrwanym w środowisku rwch puszcz i łąk leśnych, ponosiły ich wody pieniste w zamgloną odległość. Wysoko lasami płynęły obłoki wiosenne, z których jedne były pozłociste, inne jako śnieg tiaie., a inne o barwie niebiosów. Wędrowcy mknęli w swą drogę nie wiedząc, dokąd cii fale zaniosą. Płynęli na podobieństwo obłoków.

Dusze ich były nietutejsze, lecz tameczne, nie przyrośnięte do ziemi jako lasy, lecz na irzor obłoków podlegające prawom, żywotowi i podmuchom nieba. Mieli poza sobą w ćlką i głuchą samotność swoją, każdy inną, każdy odmienną, każdy inaczej dotkli- n* jakoby trzy więzienne cele.

 

Podniosła się dusza ich i stała się na tym czółnie jedną rzekomo duszą we trzech oso­bach. Zaśpiewali wszyscy wraz psalm radosny. Kolana ich ugięły się i upadły na dyle tratwy wodą zalane, a oczy utonęły w niebie zasłanym wiosennymi obłoki. Zaśmiały się od tamtejszej, niebiańskiej radości usta najstarszego z pątników, a słowo główne wymknęło się z nich:

–  „Przybliżając się do mnie w dzień, któregom cię wzywał, mówiłeś: Nie bój się!”

Obok rudła z nieruchomymi w dłoniach wiosłami stał młodociany przewoźnik. Czar­ne jego źrenice wlepione były w przybyszów z obcej ziemi, a wzrok z jednego na dru­giego przechodząc pytał się:

„Cóż to za ludzie?”

Oczy te, oczy wieczne, niby haki wędy zarzucały się w tonie oczu najstarszego z wę­drowców, ażeby z głębi ich rybę tajemnicy wyłowić.

„Ktoś ty jest?” – pytały oczy podstępnego dociekania. Lecz źrenice tamtego, zasłonię­te mgłą niebiańską, nieodgadnione były jak sama toń firmamentu. I Smętek przewo­żący apostoła poczuł złowrogi gniew w przepaści istoty swojej.

–   „Przybliżając się do mnie w dzień, któregom cię wzywał, mówiłeś: Nie bój się!” – przepowiadały sobie jego wargi.

–  Kto jest pod utwierdzeniem, który się nie boi, skoro ja przy nim stoję!

Uderzyły w pątnika jego oczy wszystką mocą, ażeby go wewnętrznym strwożeniem, lękiem śmierci porazić. Zamierzyła się na serce pątnika wszystka wola i całko wir ogrom bezlitosnej wszechmocy zabijania ducha trwogą wobec niebytu. Alboż spot­kał kiedykolwiek w drodze swojej twór żywy, który by nie mdlał wobec sekretnej wizi nieżycia? Alboż ostało się którekolwiek serce i nie wzdrygały się zawory jego komo: gdy je tknął z bezgłośnym krzykiem: – śmierć twoja! Alboż nie opierał potęgi swo­jej na zemdleniu żył, na popłochu nerwów, na ucieczce rozumu w głuchą szczelinę zatraty, gdy dosięgnął pewnej myśli podspodniej, bezsilnej jak pisklątko pod matk skrzydłami? Alboż nie miał wzroku kota i sowy, który widział w nocy przeraziiw skurcz i wstrętny dreszcz przede śmiercią? Skądże i dokąd szedł ten, co się ośmieiai sam jeden być ogniskiem woli wszechświata, odblaskiem i współbratem Wszechmoc

–  co się uśmiechał do niebios mówiąc, iż tam jest Drugi, który doń tylekroć mówił w dniu lęku: „Nie bój się!”

Nie bój się? Drżyj w rozpaczy!

Nie zląkł się pątnik cichy. Wesołe były jego oczy. Radował go rozmach skrzydeł, wiatroskrzydłej rybitwy, co się nad rozlewiska Wisły z morza dalekiego wybryk. Radował go ciemny i śliski grzbiet szczupaka, co bujną bryłę zielonej fali przeszył  strzała wyrzucona z cięciwy. Radował go przeraźliwy wzrok sternika, co wioseł w czarnych trzymał dłoniach.

 

Zawstydzała go radość własnej duszy, wewnętrzne dobro, nadmiar bogactwa, peł­nia ducha opatrzonego szczęśliwością łaski – więc zagadał do współbrata wioślarza, pragnąc mu oddać połowę swojej radości. Zrazu używał pośrednictwa Boguszy, który pruską mowę rozumiał, sądząc, iż z krajowcem ma sprawę, lecz skoro Smętek od­powiadał zrozumiale w gwarze Słowian, mówili długo tą swojską mową, która jest na rozmaitych drogach rozmaita, jak wiosna, lato, jesień, zima, lecz jedna, ta sama i •wiekuista jak powrót pór roku na północy i na południu, na wschodzie i zachodzie.

Comments are closed.