You are here: Home > Legendy > Rycerz Meinhardt

Rycerz Meinhardt

Niegdyś żył sobie rycerz, którego zwano Meinhardtem. Pochodził z Kwerfurtu. Był młody, odważny i silny. Nie bał się niczego. Jego stary ojciec błagał go, by się ożenił i ustatkował, lecz Meinhardt pra­gnął przygód. Młodzieniec, pomimo łez drogich rodziców, postanowił wyruszyć w świat, by odnaleźć swoje przeznaczenie. Cóż było począć, ojciec wyposażył syna należy­cie i pozwolił odjechać.

–  Czy powróci? – płakała stara matka.

–  Nie wiem – nie krył zwątpienia ojciec.

Były to bowiem niebezpieczne czasy. Wszędzie wojny, gra­bieże i gwałty.

Meinhardt wrócił po kilku latach. Lecz jakże zmieniony! Nie był już tym młodym, beztroskim, pełnym ufności młodzień­cem. Postarzał się znacznie: na jego twarzy widniały już pierw­sze zmarszczki, włosy lekko posiwiały, a w oczach krył się smu­tek i rezygnacja. Przybył jednak w lśniącej zbroi, zaś jego ramio­na zdobił długi, biały płaszcz, opatrzony czarnym krzyżem.

–    Synu, syneczku, co tobie? – tuliła go matka, spoglądając mu w oczy. – Gdzieś ty był, coś ty widział?

–    Och matko! Spytaj, czego nie widziałem… Tyle krwi, tyle śmierci…

Ojciec milczał. Patrzył nieufnie na powiewający biały płaszcz.

–    Meinhardzie – przemówił wreszcie – byłeś na Wschodzie? W Ziemi Świętej? Wstąpiłeś do Zakonu Krzyżackiego?

–     Tak ojcze… Rozumiem, o co chcesz mnie zapytać. Odpo­wiem ci, jak na spowiedzi i ja zabijałem…

Rycerz zwiesił głowę. Po dłuższej chwili przemówił:

–    Teraz już nie mam odwrotu. Muszę nosić biały płaszcz, ale już nigdy więcej nie będę zabijał! Matko, ojcze, przyrzekam wam, że znajdę sposób, by odpokutować swoje winy!

Był to czas, kiedy Zakon Krzyżacki skierował swój wzrok na południowo-wschodnie wybrzeże Morza Bałtyckiego. Rycerze podjęli walkę z plemionami Prusów, które mieszkały tu od wie­lu wieków. Meinhardt patrzył na to ze smutkiem i bólem w ser­cu. Nie chciał walczyć i zabijać. Gdy inni wyruszali na krucjaty, on snuł się smętnie wśród murów powstającego w Malborku zamku, przyszłej siedziby Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżac­kiego. Często przystawał i patrzył w dal na Zantyr i okoliczne ziemie. Zadziwiał go ten bezkresny krajobraz. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, płasko. W tej pozornej ciszy rozgrywała się jed­nak nieustanna, odwieczna walka. To ziemia i woda toczyły bój o terytorium. Późną wiosną, po zimowych roztopach i latem słońce osuszało duże połacie ciężkiej, żuławskiej ziemi, która natychmiast pokrywała się wszelkimi gatunkami roślin. Ale już jesienią woda zazdrośnie odbierała wydarte jej skrawki. Padały ulewne deszcze. Dzieła zniszczenia dopełniała zima obfitym śniegiem i mrozami.

Tak łatwo było tu dostrzec obrazy, które rycerz znał ze świa­ta ludzi.

–   Jak temu zapobiec? – myślał.

Postanowił przyjrzeć się wszystkiemu z bliska. Wiedział, że na Żuławach ludzie chronią swoje domy i zagrody przed wodą; widział, jak cenią każdy kawałek żyznej gleby. Zrodziło się w nim wielkie marzenie.

– Trzeba ujarzmić wody Wisły i Nogatu, trzeba wyznaczyć im trwałe koryta tak, by nie pustoszyły tej krainy. Niech wresz­cie zapanuje tu porządek! Tyle niszczyłem i zabijałem. Nad­szedł czas, bym zaczął budować i ocalać.

Nie nastąpiło to jednak natychmiast. Musiało upłynąć jesz­cze trochę wody w obu rzekach, by Meinhardta wybrano na Mi­strza Krajowego i dopiero wtedy ruszyły prace przy budowie ol­brzymich wałów przeciwpowodziowych na obu brzegach Wisły i Nogatu. Ziemia nienękana ciągłymi powodziami dawała obfi­te plony, więc na Żuławy przybywali nowi osadnicy. Serce ryce­rza radowało się. I choć jego rodzice już nie żyli i nie mogli tego wszystkiego zobaczyć, wiedział, że taka sama radość zagościła­by w ich sercach.

Meinhardt z Kwerfurtu nie osuszył całych Żuław, ale zapo­czątkował prace zmierzające w tym kierunku. Dziś już nikt tu nie pamięta o rycerzu, który nie chciał zabijać. Jego legenda przeminęła.

Comments are closed.