You are here: Home > Legendy > Pokłon Hermana Balka

Pokłon Hermana Balka

Na czele szczupłej garstki kawalerów Zakonu Teutońskiego Panny Marii Jerozolimskiej imienia jechał Herman Balk lasów nieskończonych przestworzem. Nie chciał, by towarzysze wy­prawy – Konrad Landsberg i Otto von Saleide, którzy pierw­si z południa na ziemie mazowieckie przybiegli, by późniejsi przybysze – Dietrich Bernheim marszałek – komendator Kon­rad Tutele, Henryk Berg z Turyngii, Haus- Compthur przy­szłych twierdz Zakonu – szpitalnik Henryk Zeitz z Wittchen, Bernard Ellenbogen i Otto Querfurt troskę jego widzieli – więc twarz zakrył przyłbica.

Ukrywał tedy pod swą hartowną, mediolańską zbroją, pod czarną tuniką i białym Küzczem z czarnym krzyżem na lewym ramieniu dzieło ciężkie, pomysł i czyn ponad siły jednego człowieka.

Zimne jeziora: Chełba, morze błotne, Drużno aut łuk zgięte, Jeziorak w długie porozwidlany przeguby, Morąg, smugami chełbi sre­brzystej na toni ciemnozielonej to tu, to tam w czarnym ostępie przywabiały oczy. Tajemnicze w gęstwinach rzeki – Wisła, Ossa, Wysoka, początki Pasłęki – raz wraz niezbrodzone swe popławy przed bystrym konia kopytem.

Berman Balk gładził pieszczotliwie grzywę źrebca i bok jego podbudzał ostrogą. Wiodł go dalej a dalej. Nie tu bowiem, gdzie się pieniły samoswoje rzeki i gdzie jaśniały bezpańskie jeziora, był kres tej wyprawy. Nie tam, gdzie się już odcisnął ślad kopyta, był kres skoków bieguna.

Kędyś u zalewisk sinego morza i u wydm mierzei miała się dopiero wychylić zapora dla skoków wędrownego rumaka, która na wiatr ze wschodu miała jego chrapy skie­rować. Nie mogły go strzymać nogaci wiślane ani nasycić i wypaść pachnącymi zioły swoimi ziemie Krystianowe biskupie ani sucha ziemia Pomorzan, którą teutońskiej wardze snadniej było zwać Pomezanią – ani krainy lubawskie, sasińskie, golędzińskie, warmijskie, pogodzińskie, natangińskie, sambijskie i wszystkie inne, które wieczność rozpostarła między wiślaną i niemnową żuławą. Serce nienasycone biło w piersi przy­bysza, gdy mierzył oczyma i skokiem rumaka te ziemie niczyje, pustkowia, wędrowisko barbarzyńców i pogan.

Oto miał je najechać, posiąść, zdobyć i pół na pół z chytrym a żarłocznym Konradem z Płocka podzielić. Serce łomotało w piersiach myśliwca, gdy oczy wypatrywały w matecznikach ślady turów i łosiów, niedźwiedzi i wilków, jeleni i dzików. Serce łomo­tało w piersiach zdobywcy, gdy wspominał i ogarniał we władzę ziemie widziane, po­wiaty przebyte, wody i ich źródliska, poniki, potoki, strumienie, rzeki, stawy i błota, wzgórza i rozdoły, puszcze i polany, dąbrowy i poręby, pola i ugory, łąki i pastwiska, bezdroża, przesmyki, przesieki, ścieżki i drogi.

Serce biło w piersiach gospodarza, gdy mierzył i liczył, odkrywał i przewidywał boga­ctwa jawne, wpadające w oczy nawet głupca, i skarby skryte przed oczyma niedołęż­nych lub ciemnych – budulec surowy w lasach, żelazo i miedź, złoto i srebro, zbioro­wiska soli twardej i rozpuszczonej w wodzie, drogie kamienie i drogie futra zwierząt wałęsających się w lasach, cenne ptactwo i wyborne ryby zapełniające stawy, jeziora, rzeki i strumienie.

Serce biło w piersiach budownika, gdy widział w olśnieniu marzeń statki ptawackie na wodach, ławy na potokach, mosty na rzekach i z brzegów jezior na wyspy tamy i j jazy plecione do połowu ryb z morza w górę rzeki na tarło ciągnących – drogi i pło­ty, budy i szopy, chaty i wsie, brogi i gumna, targowiska, podgrodzia, miasta, grody, zamki, kościoły i wielkie katedry, twierdze niezdobyte i porty jeszcze nie widziane w wybrzeży. Mógł oto wyciągnąć rękę i zabrać! Ogarnąć to wszystko! Zabrać jak ziemię chełmińską, ziemię pół obiecaną, pół darowaną, żywą płotkę, zarzuconą przez sło- j wiańskiego rybaka na przynętę, ażeby cudzymi rękoma schwytać wielkiego szczupa­ka – Prusy nieogarnione. Herman Balk śmiał się wspominając tę dziedzinę, zawarta między Wisłą, Ossą i Drwęcą jakoby w ramie wiekuistej.

Prostak słowiański, książę grube a chytre, tyran, gwałciciel zamyślił był wypuścić szmat chełmiński błędnym rycerzom – niby to podarować mały spłacheć swego po ojcu dziedzictwa Domowi Teutońskiego Szpitala Panny Marii w Jerozolimie – w tym celu, ażeby ten Dom przesławny zdobył ogromną, pustą krainę, nieogarnione Prusy, dla niego, dla słowiańskiego tyrana. Połowę zdoby­czy chytry Konrad rycerzom krzyża łaskawie chciał odstąpić.

Dom Teutoński Bogarodzicy darowiznę przyjął, ale nie po to przecie, żeby pruską krainę zdobywać dla gnuśnego a przemyślnego Konrada. Dom Teutoński Bogarodzi­cy postanowił zdobyć tę krainę, lecz dla siebie, dla przesławnego Zgromadzenia braci I jego wiecznych w czasie dziedziców. Aby zaś ta sprawa była wykonana według same­go najściślejszego prawa, Mistrz Zakonu wygotował akty darowizny ziemi pruskiej, idy zdobytą zostanie, dla siebie i swego Domu – najprzód od niemieckiego cesarza Fryderyka Drugiego, chociaż ten, po prawdzie, do owej dalekiej ziemi żadnego nie miał prawa – a następnie od papieża Grzegorza Dziewiątego, choć ziemia ta, po praw­dzie, nie była nigdy we władaniu i nie mogła być, jak chciały akty, wzięta w przyszłości we władanie przez rzymskiego papieża.

Żeby zaś żadnej już wątpliwości i niepewności w tym dziele nie było, Mistrz Zakonu Panny Marii Jerozolimskiej wyrobił sobie od cesarza akt darowizny dla swego Domu : tego wiecznych w czasie dziedziców – i samejże ziemi chełmińskiej, której darowiznę przyjął był od mazowieckiego Konrada. Tak to z dwu stron biorąc, Zakon brał według najściślejszego prawa. W dokumentach tych, przez kancelarię cesarza wygotowanych, przypisało się Konradowi księciu na Mazowszu trwogę przed Prusakami zamiast apetytu zdobywcy na ową pruską ziemię. Tak wypadło. Tak lepiej brzmiało. Aby zaś nikt . nigdy w czasie przeciwko temu pisanemu prawu głosu podnieść nie mógł, Zakon wy­konał akty potrzebne sam i według swego rozumienia rzeczy. Gdzie należy, pokazał *opie tychże aktów, może niezupełnie takie same jak oryginały. Oryginały bowiem gdzieś przepadły. Byli nawet ludzie, którzy składali uroczystą przysięgę, iż inne były oryginały, lecz nikt już nigdy tych pism nie zobaczył. To była sprawa polityki Domu Panny Marii Jerozolimskiej imienia.

 

Comments are closed.