You are here: Home > Legendy > O wolej roztropności

O wolej roztropności

Ozdobą kościoła w Próchniku były dwa dzwony, wiszące wysoko na drewnianej wieży. Ich czysty i donośny dźwięk odbijał się echem w okolicznych lasach, wśród głębokich jarów i stromych pagórków Szwajcarii Próchnickiej. Jeden dzwon był mały, od­lany w 1535 r., z napisem Jezus z Nazaretu, król Żydów. Drugi, większy, wykonany w 1642 r. w pracowni Heinricha Baira, za­dziwiał kunsztem wykonania i licznymi inskrypcjami. Uwiecz­niono tam nazwiska fundatorów: radcy ziemskiego Michaela Skferta, wójta próchnickiego Hansa Gottschlacka oraz wójta z Kamionka Nickela Wichmanna.

Nastał jednak wiek XVII, obfitujący w wojny. Grzmiały działa, maszerowały armie i ib rojne kupy, domy płonęły częściej niż zamki. Próchnik, położony na uboczu, wśród iasów i parowów, uniknął wielu tragedii. Ale wojna w końcu przypomniała sobie i o rym miejscu.

3o Próchnika przyjechał wóz drabiniasty, ciągniony przez dwa woły. A na nim okra­kiem siedzieli wojacy, pośród nich sterczał jak świeca jakiś dostojniejszy, ubrany la pstro osobnik. Stanowczym głosem przeczytał zwołanym wieśniakom BARDZO ważny ROZKAZ. Z potoku słów zdołano wyłowić straszny wyrok: zabrane być na ją i przetopione na działa oba kościelne dzwony. Wśród chłopów zawrzało, kobie- i dzieci podniosły pięści wygrażając przybyszom, ktoś napluł w oko pstro ubrane- nu jegomościowi.

Wojacy dzwony ściągnęli, załadowali na wóz i ruszyli zbrojną eskortą na wschód. Odjeżdżali wśród przekleństw i złorzeczeń, które – je­śliby miały się sprawdzić choć w połowie – ściągnąć by musiały na nich nagłą śmierć, i potem męki piekielne. Za słowami posypały się kamienie, żołnierze odpowiedzieli lilbą z muszkietów, skierowaną w powietrze.

W całym tym zgiełku spokój zachowały tylko dwa wielkie woły, na które nikt po­datkowo nie zwracał najmniejszej uwagi. Zwierzęta równie ospale przybyły do wsi i deżarem wojaków, jak i opuściły ją, dźwigając z kolei dzwony. Jednak na granicy Trochnickich pól na swój sposób przyłączyły się do sporu i… po prostu stanęły. Nic me pomogły razy, zadawane przez woźnicę ani poszturchiwania żołdaków.


Po kilkugodzinnej walce ludzie skapitulowali. Pozwolili zwierzętom odejść razem z ciężko załadowanym wozem, dokąd tylko chcą. A woły zawróciły prościuteńko pod próchnicki kościół…

Tak to wola roztropność okazała się większa od ludzkiej i uratowała na jakiś czas oba dzwony. Tym samym woły zaprzeczyły obiegowej opinii na temat ich głupoty (w jeżyku niemieckim wół i dureń to jedno).

Nawet nieskorzy do wzruszeń żołdacy musieli uznać to wydarzenie za nader wy­raźną wskazówkę. Nie przeszkadzali wieśniakom, gdy ci rozładowywali dzwo­ny i ponownie wciągali je na wieżę. Chłopi pracowali w pospiechu bo obawia­li  się, że zamiary intruzów mogą ulec zmianie. Z powodu tego pośpiechu upuścili mniejszy dzwon. Uderzając o ziemię, pękł na całej wysokości.

Ów pęknięty dzwon możemy podziwiać jeszcze dziś. Ponownie zdję­ty z wieży, stoi przed wejściem do kościółka.

Comments are closed.