You are here: Home > Legendy > O dobrym kamturze i złym kapelanie

O dobrym kamturze i złym kapelanie

Wczasach Zakonu Krzyżackiego w Grabinach stał zamek. Mówiono, że jego piwniczne staj­nie mogły pomieścić sto koni dla rycerzy goto­wych do natychmiastowej walki. Za panowa­nia Wielkiego Mistrza Ulryka von Jungingena zarządzał zamkiem komtur, znany ze swej sprawiedliwości. Człowiek ten pokój kochał ponad wszystko.

Pewnego dnia do Grabin dotarła wiadomość, że Wielki Mistrz wypowiedział Polsce wojnę. Jednocześnie ogłosił, że wszyscy rycerze mają stawić się w pełnej gotowości do walki.

–     A więc jednak… – westchnął komtur. – Na każdej radzie prosiłem, by nie wszczynał tej wojny. Przekonywałem, że nie przyniesie ona niczego dobrego. Jestem już stary i widziałem wiele. Wiem, że zginie wielu ludzi i Zakon Krzyżacki tej wojny nie wygra.

–    Ależ Panie… – oburzył się grabiński kapelan – jakże możesz tak mówić! Ulryk von Jungingen jest wielkim wojownikiem, na pewno poradzi sobie z wojskami Jagiełły. – Stary tchórz!! – dodał już po cichu. – Myślał, że jego płacze i lamenty powstrzymają Wielkiego Mistrza. Nic nie wskórał. Tylko ściągnął na swoją gło­wę pogardę. Tchórz!

 

Tego komtur nie słyszał. Znał jednak kapelana od wielu lat i wiedział, że jest on człowiekiem zawistnym i obłudnym: choć sam nie musiał wyruszyć na wojnę, był jej najgorętszym zwo­lennikiem.

Wkrótce przygotowano wszystko do wyprawy. Komtur raz jeszcze objechał dobra grabińskie; przeczuwał, że nigdy już tu nie wróci. Kiedy opuszczał zamek, na drodze stanął mu kapelan.

–    A więc wybierasz się na wojnę, Panie? I zostawiasz zamek bez zarządcy? Czy nie warto wyznaczyć następcę?

Komtur dokładnie wiedział, czego oczekuje kapelan.

–     Tak. Masz rację. Obaj wiemy, że ta wojna zniszczy nasz kraj. A gdy wielki zwierz pada martwy, zbiegają się lisy… Ten za­mek i włości powierzam tobie i innym diabłom, którzy radzili za tą przeklętą wojną!

To powiedziawszy, odjechał wraz z rycerzami.

Stało się tak, jak powiedział. Zginął na polach grunwaldz­kich. Lecz ledwie wieść ta dotarła do zamku, w Grabinach za­częły się dziać dziwne rzeczy.

Oto rycerze zakonni zasiadają do wieczerzy. Lecz cóż to! Na­gle misy unoszą się w górę, a kielichy napełniają się purpurową krwią… Biesiadnicy uciekają w popłochu. Biegną do kucharza, ale tymczasem kuchnia przemieniła się w stajnię! Śpieszą więc, by zobaczyć, co się stało ze stajnią, lecz trafiają do komnaty ka­pelana.

–   Dość, dość tej bieganiny! – zakrzyknął zwierzchnik. – Co się dzieje na tym zamku? Rozkazuję wam przestać!!

–   Ależ Panie… tu dzieje się coś dziwnego – i jeden z rycerzy opowiedział kapelanowi, co przed chwilą widzieli.

–    To niemożliwe. Wypiliście za dużo wina i teraz widzicie niestworzone rzeczy.

–     Nie Panie, nawet nie skosztowaliśmy. Wino przemieniło się w krew… To jakieś diabelskie sztuczki.

–   Skończcie z tymi bzdurami. Od tej pory ma być spokój. Kucharzu, przynieś mi wieczerzę, zjem w swojej komnacie. A wy – zwrócił się do rycerzy – udajcie się na spoczynek i nie wymyślaj­cie więcej bajek.

Wkrótce kapelan zabierał się do kolacji.

– Diabły… Co też oni wygadują.

W tym momencie zawiał wiatr, zdmuchnął wszystkie świe­ce. W komnacie zrobiło się ciemno. Kapelan próbował właśnie ugryźć pieczeń, ale zatrzymał dłoń w bezruchu. Nic nie widział, ale czuł, że ktoś wyjmuje mu pieczeń z ręki. To był zimny dotyk. Nie mógł wydusić z siebie słowa. Czuł czyjąś obecność bardzo wyraźnie. Wtem rozbłysło światło świec. Było jednak niezwykłe – purpurowe. Kapelan zobaczył, że z kielicha, który stał na sto­le wylewa się czerwona, gęsta maź – to była krew.

Bał się już nie na żarty. Zaczął krzyczeć i wzywać pomocy. Ale wtedy niewidzialna siła uniosła go i zawiesiła pod sufitem. Potem wszystko uspokoiło się. Tylko kapelan spędził cała noc zawieszo­ny wysoko. Rankiem znaleźli go rycerze. Był wycieńczony i prze­rażony. Bał się nawet opowiedzieć, co mu się w nocy przydarzyło. Rycerze zbudowali konstrukcję, która sięgała po sufit, ale gdy tyl­ko wspięli się, by ściągnąć kapelana, wszystko runęło. Zginęli na miejscu, a ci którzy przeżyli, czym prędzej z zamku uciekli. Kape­lan, gdy został już zupełnie sam, spadł na ziemię i skręcił sobie kark. Taka kara spotkała złego i chciwego człowieka.

Comments are closed.