You are here: Home > Legendy > Milczące dzwony w Łęczach

Milczące dzwony w Łęczach

W samym środku wsi Łęcze stoi murowany, barokowy kośció­łek. Jego smukłą, białą wieżę widać z daleka, jest charakte­rystycznym elementem tutejszego krajobrazu. W XVI w. na tym samym miejscu stała nieco inna świątynia. Wyposażyli ją, nie szczędząc serca ani pieniędzy, angielscy kupcy z Eastland Company, którzy we wsi mieli faktorię.

Ten dawny kościółek zbudowano z drewna i cegieł, w tak ty­powej dla Prus, ryglowej konstrukcji ścian. Od zachodu stała drewniana wieża, nie tak wysoka, jak dzisiejsza.

Wieża ta zawadzała jednemu z gburów. Siedząc przed domem, popijając piwo w podcieniu, zwykł on obserwować swoje pola, położone na okolicznych pagórkach. Wiadomo, pańskie oko… Kłaniały mu się jego zboża, złociły się w słoneczku, a on nie musiał biegać po bezdrożach. Poza zbożami mógł też popatrzeć na urodziwe łęczanki. Dopóki nie wybudowano wieży, bo ta przedziwna konstrukcja całkiem mu spaskudziła widok.

Nakłonił więc małżonkę – kobietę słusznej budowy, prawdopodobnie silniejszą od niego – by położyła wieżę tak, jak wiatr kładzie zboża. Kobieta próbę podjęła, ale nie podołała. Wieża stała nadal i spędzała sen z oczu chłopa. Trudno mu było na­mówić kogoś innego do zburzenia budowli. Aż wreszcie znalazł się jakiś cieśla, któ­ry za beczkę gorzałki zobowiązał się choćby i cały kościół przewrócić. Chłopina był wprawdzie chuderlawy, ale znał się na tajnikach drewnianych konstrukcji i wiedział, gdzie uderzyć, żeby osiągnąć pożądany skutek. Wieża runęła, a gbur rozgłosił po wsi, że ją wiatr przewrócił: głośno lamentował i osobiście dzwony na przykościelnej lipie zawiesił.

Ludzie może i by mu uwierzyli, gdyby nie mały szkopuł: dzwony milczały. Kiedy ktoś we wsi zmarł, dzwony nie żegnały go w ostatniej drodze. Wprawdzie bito w nie, ale one milczały jak zaklęte. Wieś zaczęła się domyślać, kto jest temu winny. Ludzie od­wracali się od sprawcy, jawnie okazywali mu niechęć. Także siły wyższe dały do zro­zumienia, że gbur źle postąpił. Dziwnym trafem piękny ongiś widok spod podcienia utracił przejrzystość, na pagórkach ze zbożami najczęściej zalegała mgła.

Gbur, odrzucony przez społeczność, zamartwiał się, rozpijał i w końcu zmarł. Chowa­jąc go, nawet już nie próbowano bić w dzwony.

–     Komu jak komu, ale temu bezecnikowi dzwony na pewno by nie zadźwięczały! – mówiono.Przechodząca przez wieś starowinka, którą często wzywano do chorych, powiedziała jednak, że właśnie śmierć chłopa jest najlepszym momentem, by odczarować dzwo­ny i przełamać ich milczenie. Kazała tylko owinąć serca dzwonów w czerwone sukno i uderzyć nimi dokładnie wtedy, gdy nieboszczyk znajdzie się w grobie, ale jeszcze nie dotknie ziemi.

Tak uczyniono, a wówczas dzwony zabrzmiały pięknie, jak nigdy dotąd.

Ich nieco stłumiony przez sukno dźwięk cichutko przeleciał przez wieś i rozgonił mgłę znad zbóż na pagórkach. Potem zaszeleścił na liściach, w lasach okalających jary. A ludziom się zdawało, że to dusza zmar­łego z ulgą zrzuciła ciężar winy…

Comments are closed.