You are here: Home > Legendy > Malborskie skarby

Malborskie skarby

Nastał czas, gdy dawna wielka siedziba Zakonu Krzyżackiego – zamek malborski -, przestała za­chwycać i onieśmielać podróżnych swym impo­nującym pięknem. Powoli stawała się ruiną. Upa­dały kolejne mury, cegły zabierali mieszkańcy Malborka do budowy domów. Choć sława zamku przeminęła, ludzie nie zapomnieli starych legend, związanych ze skarbami zakonu. Zresztą, skarby co jakiś czas same o sobie przypominały…

W jednej z piwnic zamkowych odnaleziono drzwi, które przez całe dziesiątki lat zasłaniała olbrzymia szafa. Nikt jednak nie ważył się ich otworzyć, gdyż zza nich rozlegały się przeraża­jące dźwięki: płacz, wycie, wrzaski, stukanie, diabelska muzy­ka. Mieszkańcy Malborka zapewne nie interesowaliby się tym, co jest powodem tych hałasów, gdyby nie pewien sędziwy staru­szek. Na wieść o odnalezionych tajemniczych drzwiach, miał on stwierdzić:

–   Myślałem, że to tylko bezmyślne bajanie mego pradziada, który był niespełna rozumu, ale najwidoczniej w tym wypadku mówił prawdę…

–  O czym dziadku, o czym?! – dopytywali się wszyscy.

–   Opowiedział mi kiedyś historię o podziemnym korytarzu. Twierdził, że wejście znajduje się w piwnicach zamku, tunel

biegnie pod Nogatem i pod Świętą, a wyjście jest dopiero w sta­rym domu, który stoi na rynku w Nowym Stawie.

–    Ale po co? Po co taki długi tunel? – nie dawano mu ode­tchnąć.

–      Gdyż… – tu starzec przeciągle spojrzał po wszystkich – gdyż tylko tam Krzyżacy mogli pomieścić swe rozliczne skarby. Mieli ich tak wiele i były tak cenne, że nie sposób było ich ukryć w zamkowych komnatach. Wykopali więc podziemny korytarz. A gdy przyszli Polacy, rycerze zakonni uciekali tak szybko, że nie zdążyli ich zabrać! Są tam do dziś.

–   Trzeba je odnaleźć!

–    Trzeba je wydobyć! – krzyczeli wszyscy, ale wnet przypo­mnieli sobie o tajemniczych odgłosach.

–    A no właśnie – ciągnął swą opowieść dziadek. – Skarbów pilnują strażnicy…

–   A jacy dziadku? I jak ich pokonać?

–    Tego mój pradziad nie wiedział. Mówił, że każdy śmiałek, który otworzył drzwi i wszedł do środka, nigdy stamtąd nie wracał. Zastawiono więc drzwi potężną szafą i o skarbach zapo­mniano. Tylko mój pradziad co jakiś czas o nich wspominał. A ja myślałem, że to bajka…

Opowieść starca rozpaliła ludzką ciekawość i rozbudziła chęć posiadania. Mieszkańcy Malborka koniecznie chcieli wy­słać tam kogoś, by przekonał się, czy strażnicy i skarby istnieją. Właśnie tego dnia zawitał do miasta świątobliwy pielgrzym. Uznano, że człowiek tak pobożny na pewno bez trudu i strachu stawi czoła wszelkim piekielnym mocom. Posłano więc do nie­go delegację.

–    Świątobliwy bracie – wystąpił przed niego wysłannik – od pewnego czasu dręczą nas dusze potępieńców i diabły piekiel­ne zamknięte w zamkowej piwnicy. Robią tyle hałasu, że dzieci całymi nocami płaczą, a kobiety boją się wychodzić z domów. Pomóż nam.

Pielgrzym zamyślił się i powiedział:

–    Pójdę tam i zobaczę. Może uda mi się wysłać te zbłąkane dusze tam, skąd przyszły

I tego właśnie mieszkańcy Malborka oczekiwali. Odprowa­dzili pielgrzyma aż do samych drzwi. Ów odważnie wkroczył do środka i wrota się za nim zatrzasnęły. Pozostali czekali i zgodnie z poleceniem mnicha modlili się. Nie zdążyli jednak zmówić ca­łego pacierza, gdy usłyszeli łomot i rozpaczliwy krzyk:

–    Otwórzcie, otwórzcie!

Poznali głos pielgrzyma. Czym prędzej otworzyli drzwi i wy­dobyli z tunelu przerażonego człowieka.

–   Widziałeś skarb?! Widziałeś go?! – dopytywali się wszyscy.

–     Skarb? Jaki skarb? Gdy tylko wszedłem i zamknęliście za mną wrota, nic nie mogłem dostrzec, tak było ciemno. Przy­świecałem sobie pochodnią, ale nie na wiele to się zdało. I nagle zrobiło się jasno. Zapłonęły światła. Zobaczyłem przed sobą du­żo większe i mocniejsze drzwi. Zacząłem iść w ich kierunku i wtem usłyszałem ich głosy. Szeptały: „Nie idź tam…” Nie zwa­żając na to szedłem dalej, a głosy nasilały się. „Pokażcie się!” – zażądałem. Wtedy nie wiadomo skąd zjawiły się przede mną trzy kobiety. Ich włosy były zielone i bogato przyozdobione wodnymi liliami; ich skóra była złota, a one same bezwstydnie nagie. Były młode, piękne, tańczyły i chichotały. „Kim jeste­ście?” – zapytałem. „Jesteśmy nimfami wodnymi, a naszym do­mem jest Nogat” – odpowiedziały. „Więc dlaczego przychodzi­cie tu pod ziemię i dręczycie jękami biednych ludzi?” „Pilnuje­my” – zaśmiały się. „Czegóż możecie tu pilnować?” – zapytałem z niedowierzaniem. Nic tam przecież prócz drzwi nie było. „Przejścia” – wyszeptała mi jedna wprost do ucha. Przeraził mnie ten zimny głos i chłód bijący od jej złotego ciała. Odsko­czyłem w bok, ale tu już stała druga i nim zdołałem cokolwiek zrobić, oplotła swe długie, zielone włosy wokół mej szyi. Były mokre. Zaśmiała się szaleńczo. Zrobiła krok w tył i znów wy buchnęła

 

śmiechem. Z każdym jej krokiem coraz krótszy stawał się mój oddech. Dusiłem się! Wtedy trzecia zaczęła iść w mym kierunku. Bałem się straszliwie. Zamknąłem oczy i wezwałem imienia bożego. Wówczas wszystkie zniknęły, a ja padłem na mokrą ziemię, starając się złapać oddech. Usłyszałem jednak szelest. Przeraziłem się, że wróciły, lecz wtedy pojawili się oni…

–    Kto? Kto się pojawił?

–    Oni… Rycerze zakonni. To byli olbrzymi, mieli zbroje i dłu­gie białe płaszcze. Tak, nie sposób ich z nikim pomylić. Stali przede mną, a w rękach trzymali…

–    Skarby?!

–      Jakie skarby?! Trzymali swe własne głowy! Krew z nich jeszcze tryskała, jakby dopiero co im je obcięto. Tak mnie to przeraziło, że o nic nie pytając, natychmiast stamtąd uciekłem. I nigdy, przenigdy już tam nie wrócę.

Ani pobożny pielgrzym, ani nikt inny nie przekroczył już progu tajemniczych drzwi. Zasypano piwnicę ziemią, by zło stamtąd nie wyszło. Ale każdego roku w noc sylwestrową poja­wia się biały, bezgłowy koń. Okrąża zamek trzykrotnie i znika dokładnie w miejscu, gdzie pod ziemią istniał niegdyś początek korytarza. Nie ma jednak śmiałków, którzy odważyliby się sta­wić czoła upiorom z przeszłości.

Comments are closed.