You are here: Home > Legendy > Lichnowska maślanka

Lichnowska maślanka

Mieszkańcy osady już od najdawniejszych czasów wyróżniali się pracowitością i gospodarnością, co zaowocowało ich boga­ctwem. Ów dostatek stał się jednak przyczyną pychy, bezboż­ności i pijaństwa, a ich skutki często bywały tragiczne. W tych wybrykach uczestniczyli głównie ludzie młodzi.

Pierwszą ofiarą ich osobliwego humoru stał się pewien piel­grzym z bractwa św. Jakuba. Członkowie tego bractwa ślu­bowali, że przynajmniej raz w życiu odbędą pielgrzymkę do grobu swego patrona w Compostelli, w dalekiej Hiszpanii. W wyznaczonym terminie zakładali zgrzebne szary z naszytymi muszlami, brali kostur do ręki i szli o żebraczym chlebie przez pół Europy, modląc się o wstawiennictwo do swego patrona. Niektórzy z nich, zmorzeni pondem i chłodem oraz trapieni różnymi chorobami, nie docierali do celu swej wędrówki lub kończyli życie w drodze powrotnej. Większość jednak wracała.

Zdarzyło się, że jeden z takich wędrowców wstąpił do lichnowskiej gospody. Trafił akurat w chwili, gdy wiejscy wesołkowie, rozochoce i     alkoholem, zachowywali się bardzo hałaśliwie, szydząc i kpiąc ze wszystkich i ze wszystkiego. Kiedy zobaczyli w drzwiach utrudzonego wędrowca, zwietrzyli okazję 4o zabawy. Przysiedli się do niego i zaczęli go raczyć alkoholem. Pod jego wpływem i-Łczął im opowiadać o swoich przygodach z wędrówki do grobu świętego, od czasu do czasu ubarwiając swą opowieść zasłyszanymi w drodze historiami o niezgłębio­nych morzach, warownych zamkach, nieprzebytych lasach, bohaterskich wojowni­kach i cudach, jakich rzekomo był świadkiem.

Podchmielonym lichnowianom sprzykrzyło się w końcu słuchanie tych bajd, więc przystąpili do wyśmiewania jego stroju i zachowania. Wy­myślali mu, nazywając wydrwigroszem, oszustem i kłamcą. Pielgrzym, który zrazu niecierpliwie bronił się przed niesprawiedliwymi zarzutami, wpadł w gniew i zaczął ich przeklinać. Życzył im, aby woda zalała ich pola, myszy zżarły plony.

Ale wędrowiec gwałtownym ruchem odsunął potrawę i rzekł:

–   Jeśli nie postawicie przede mną wołowego udźca, to nadal będę złorzeczyć, a św. Jakub na pewno mnie wysłucha!

Tego lichnowianom było już za wiele. – Jeśli chcesz pieczeni, to będziesz ją miał! – zawołali.

Wstali z ław, zrzucili z niego odzienie i przywiązali do wielkiego rożna, a potem pola­li  olejem i przenieśli blisko płonącego na kominie ognia udając, że chcą go przypiec. Wbrew ich woli zabawa zakończyła się tragicznie. Gdy jeden z biesiadników pogrze­baczem ruszył ogień w palenisku, buchnął płomień. Ogień wprawdzie ugaszono, ale życia pielgrzyma nie udało się uratować…

Po kilku miesiącach ci sami lichnowianie, rozzuchwaleni bezkarnością, wznowili swoje wybryki. Tym razem ofiarą ich figli padł pewien zakonnik, który chodził po kweście. Tym razem zabawa zakończyła się tym, że nieszczęśnika uwędzono w wę­dzarni. Opowiadano również o przybiciu za brodę do belki nad drzwiami dwóch poborców krzyżackich, przysłanych przez komtura z Nowego Stawu. Nie pomagały kierowane do lichnowian prośby i nawoływania do opamiętania; nawet te, kierowane z kościelnych ambon. Zła sława lichnowian spowodowała, że podróżni omijali ich osadę, jak zarazę. A jeśli już ktoś musiał tędy przejeżdżać, zazwyczaj czynił to galo­pem, nie zatrzymując się.

W połowie XVI w., już za czasów polskich, wieś słynęła nie tylko z bogactwa, ale tak­że z doskonałego nabiału. Tylko zła sława lichnowian pozostała ta sama.

Pewnego dnia do wsi dotarła wiadomość, że zachorował syn Stanisława Kostki, pia­stującego wysoki urząd podskarbiego pruskiego i skarbnika malborskiego. Lekarze, dla obniżenia gorączki, zalecili synowi okłady z maślanki, podskarbi wysłał więc p e nią swoich pachołków. Lichnowianie, pomni krzywd, jakich doznali od podskarbie­go w przeszłości, nie chcieli dać maślanki, w końcu jednak ulegli namowom i obiecali że sami przywiozą beczkę tego specjału na zamek.

I rzeczywiście: nazajutrz przed zamkową bramą zjawił się cały orszak. Na czele szli dobosze i fleciści, za nimi baby z maślnicami, a na końcu grupa bogatych gospodarz otaczająca zaprzężony w dwa konie wóz, na którym znajdowała się ogromna beczki z maślanką.

Kiedy straż wpuściła delegację na dziedziniec zamkowy i chciała wyładować becz­kę, lichnowianie zażądali, by podskarbi osobiście sprawdził jej zawartość. Tak się też stało. Kiedy otwarto beczkę i podskarbi pochylił się nad nią, o mało nie zemdlą: Maślanka cuchnęła, widać w niej było karaluchy… Stanisław Kostka nie dał pozna: po sobie oburzenia i poprosił delegację, żeby poczekała, aż przyśle posłańców, zaopa­trzonych w odpowiednią ilość konwi i dzbanów.

Comments are closed.