You are here: Home > Legendy > Legenda o Łynie CZ. 2

Legenda o Łynie CZ. 2

Kiedy srebrny księżyc wychylił się zza drzew, Jasiek pośpieszył nad jezioro, Nie chciał, aby stryj posądził go o tchórzostwo. Pójdzie i powie Wodnicy, że wcale jej nie potrze­buje. Usiadł nad wodą i zapatrzył się w cichą taflę jeziora. Lekko marszczyła się woda srebrzona światłem księżyca. Nagle z daleka, jakby z głębi wody, rozległ się śpiew tak piękny, że dusza Jaśkowa zamarła z zachwytu. Takiego jeszcze nie słyszał. Po srebrnej smudze płynęła ku niemu dziewczyna. Włosy miała długie i rozpuszczone, wianek z wodnych lilii opasywał jej czoło. Była tak piękna, że Jasiek oczu od niej oderwać nie mógł. Podpłynęła bliziutko.

–    Testem Łyna, najmłodsza córka Króla Tysiąca Jezior. Ojciec obiecał mnie tobie za żonę. Znam cię. Codziennie słucham twych pieśni i pokochałam je tak, jak tę krainę. Przyjrzyj mi się. Jeśli nie jestem ci niemiła, zostanę z tobą. Jeśli jednak zostanę i stopa moja dotknie ziemi, już nigdy nie będę mogła wrócić do moich sióstr i ojca. Takie jest odwieczne prawo Królestwa Wód. Czy potrafisz mnie pokochać?

Głos jej był cichy i słodki, a Jaśko czuł, że nic na świecie nie jest mu droższe nad tę dziewczynę z jeziora. Nie mógł wymówić słowa z wielkiego wzruszenia.

Łyna podpłynęła do brzegu.

–  Czy chcesz, abym została?

Jaśko podszedł bliziutko, wyciągnął ku wodnej dziewczynie ramiona. I stało się, że Łyna, córka władcy Tysiąca Jezior, jak zwykła, warmińska dziewczyna zamieszkała w rybackiej chacie. Jak inne gospodynie tkała cieniutkie, lniane płótno, gospodarzyła iak wszystkie, ale śpiewała tak cudnie, jak żadna z nich. Kochał ją Jasiek całym ser­cem, a najmilsza to byłą chwila, gdy zmęczony z połowu wracał i odpoczywając mógł jej cudownego głosu słuchać. Radowało się serce starego Mateusza, gdy na to szczęś­cie patrzył.

Ale gdy szczęście się śmieje – niedola za drzwiami już płacze. Jaśka przywaliło drzewo w lesie. Leżał w izbie na łóżku i postękiwał cichutko, smutnymi oczyma za ukochaną Łyną wodząc. Życie z niego uchodziło. Czuł to i łzy mu do oczu same napływały. Jak­że mu umrzeć przyjdzie, a swoją ukochaną zostawić? I Łyna widziała to uciekające z niego życie. Rozpaczliwie czepiała się resztek nadziei, ale nadzieja w niej zgasła, gdy jednego dnia ujrzała na twarzy Jaśka szare cienie. Z rozpaczą załamała ręce. Gdzie szukać ratunku? Gdzie szukać ocalenia dla ukochanego?

Ratunek był jeden. Na dnie w ogrodzie jej ojca rósł krzew. Niezwykły to był krzew

–    życiodajny. Wystarczy wymówić zaklęcie… Tylko tam można znaleźć ratunek dla Jaśka. Ale prawo odwieczne Krainy Wód mówiło, że gdy kto raz dotknie ziemi, nie może już wrócić pod wodę, Straszliwa kara nie ominie tego, kto to prawo przekroczy. Łyna raz jeszcze spojrzała na twarz Jaśka. Oczy miał przymknięte, szeptał jej imię, Rzuciła się ku drzwiom.

–  Gdzie biegniesz? – zawołał za nią stary Mateusz. – Do jeziora!

Przez łąkę, przez gaj brzozowy, na przełaj biegła Łyna nie zważając na nic. Już z dala błyszczy lustrzana tafla wody, już jest blisko. Popłynęła cicho, jak potrafi tylko ten, kto z wody wziął swoje istnienie i zna jej tajemnice. Coraz głębiej zanurzała się, coraz głębiej. Już widać pałac z bursztynu, pałac jej ojca. Ominie go dookoła, choć serce ciągnie, aby na chwilę popłynąć tam, gdzie żyła swobodnie, zanim wyszła na ziemię. Nie ma chwili do stracenia. Tam Jasiek umiera. Ominęła bursztynowy pałac, wpłynę­ła między krzewy przedziwnych wodorostów, tak pięknych, jakie rosnąć mogą tylko w Krainie Baśni. W środku rósł krzew życiodajny. Jego srebrne gałęzie pokrywały ko­lorowe, o przedziwnym kształcie, kwiaty. A każdy kwiat miał przedziwną moc. Łyna drżącymi rękami dotknęła jednego z nich, wymówiła zaklęcie. Kwiat powoli zaczął stulać przedziwne płatki, aż zamknęły się w duży cudowny pąk.

Serce Łyny zabiło radośnie. Uratowany! Uratowany Jasiek! I dwie łzy potoczyły się po jej twarzy. Łzy, coś niezwykłego w podwodnym królestwie, upadły na dno jeziora i zadźwięczały tak głośno, że zbudziło się wszystko, co żyło wokół. Oprzytomniała Łyna i rzuciła się do ucieczki. Płynęła szybko, zadyszana, drżąca, a gdy już była blisko brzegu, rozległ się za nią głos ojca:

–    Coś uczyniła, nieszczęsna? Dlaczego złamałaś odwieczne prawo Krainy Wód? Mu­sisz teraz ponieść karę!

Łyna jakby nie słyszała tego głosu. Z daleka zobaczyła Jaśka. Wstał, był zdrowy, oży­wił go czarodziejski kwiat. Jasiek biegł ku niej. Wyciągnęła do niego ręce jak wtedy, gdy ujrzała go po raz pierwszy. Objął ją mocnym uściskiem. Wzburzyły się wody je­ziora i głos potężny rozległ się nad nimi:

–    Łyno! Za załamanie odwiecznych praw zostaniesz zamieniona w rzekę. A że miłu­jesz tę ziemię, opaszesz ją srebrną wstęgą…

Łyna czuje, że nogi jej stają się zimne, lodowaty chłód przenika jej ciało. Krzyknęła tuląc Jaśka:

–    Ojcze, czyż nie wzrusza Cię nasza miłość? Czy nie masz serca? Czyż miłość nasza nie jest potężniejsza od wszystkich odwiecznych praw? O, nie rozdzielaj mnie z uko­chanym !

–     Córko królewska, wiedz, że miłość to najpotężniejsze prawo ziemi. Karę jednak ponieść musisz według naszych odwiecznych praw.

–  Łyno! Łyno! Jaśku! Gdzie wy jesteście? – wołał. Nagle stanął zdumiony. U stóp jego wiła się jego srebrna wstęga rzeki, której tu nigdy nie było. A na brzegu pochylona

wierzba drobnymi gałązkami gładzi srebrzystą wodę, szumiąc cichutko jakby najczulsze słowa miłości. Zadumał się stary rybak. Potem dłonią otarł wil­gotne oczy i zgarbiony poszedł powoli ku wiosce.

Mijały lata i mijać będą. Płynie Łyna, opasuje srebrną wstęgą naszą ziemię, a nad nią wierzba drobnymi listkami szepce słowa miło­ści, jak w starej, warmińskiej pieśni.

Comments are closed.