You are here: Home > Legendy > Legenda o Łynie CZ. 1

Legenda o Łynie CZ. 1

Hej, umiał ci śpiewać Jasiek sierota, bo umiał. Tak, jak nikt. Kie­dy był jeszcze mały i krowy rankiem brzegiem jeziora pędzał, cieniutki jego głosik leciał po srebrnej rosie daleko, daleko… Pluskały, szemrały modre fale, chwiała się wysoka trzcina, wiatr kładł szerokie skrzydła na srebrną taflę wody, a Jasiek jak ten skowronek piosenką witał wschodzące słońce. A umiał tych piosenek, jak nikt chyba na świecie. I tę o sieroteńce, co chlebek cienki jak listek klonowy jadła, łzami go sierocymi oblewając, i tę o kaczorze i kaczce po jeziornej toni pływających, i tę o jaskółkach, co nad dalekimi drogami przelatują, i tę o modrych oczkach, co im spać nieśpieszno, i o rym wianuszku lawendowym, co go dziewczyna marząc o swym miłym wije… Któż by policzył te pieśni stare, które cieniutkimi nutkami wyśpiewywał!

Mówiono, że o poranku Wodnice z jeziora śpiewać go uczą. Nie Wodnice to jednak, lecz szepty rodzinnych drzew mazurskich, szept fali jeziornej, trzcin smukłych szep­ty, ale czy ludzie to rozumieją? Kiedy już wyrósł i z rybakami na połów jeździć zaczął, piosenki jego płynęły daleko po modrej fali. A kiedy noc zapalała srebrne gwiazdy i zdawała się topić je w jeziorze, lubił Jasiek na dnie łodzi się położyć i cichego szumu fal słuchać. Zdawało mu się, że wtedy właśnie płynie ku niemu najcudowniejsza melo­dia, ale takiej wyśpiewać nie umiał. Nie patrzył też Jasiek na żadną dziewczynę, choć dziewczęta we wsi były piękne, jak malwy w ogródkach rosnące. Nieraz, gdy szedł wiejską ulicą, spoglądała ku niemu Michałowa córka, co oczy miała modre jak dwa bławatki w zbożu. Najpiękniejszy len hodowała i najcieńsze płótno tkała. Jedynaczka to była, ze starego rybackiego rodu się wywodziła, ale Jasiek jakby nie dostrzegał ani k] oczu modrych, ani jej rąk pracowitych.

–   Ej, Jaśku, Jaśku – mawiał nieraz stary stryj Mateusz, który chłopca wychował – czas ci za dziewuchą się obejrzeć! Michałowa Maryjka nieszpetna dziewczyna i skrzynię ma pełną cienkiego płótna. Bielszych obrusów, piękniejszych ręczników u nikogo nie znajdziesz.

–  Zostawcie, stryjku, na razie o żadnej nie myślę.

Wiosłem wtedy Jasiek szybciej uderzał i godzinami milczał jak zaklęty. W wodę tylko spoglądał, jakby go stamtąd coś wołało, kusiło, wabiło…

Stryj Mateusz kiwał głową w milczeniu, puszczał kłęby dymu z fajki i tak milcząc pły­nęli. Ożywiali się wtedy, gdy sieć stawała się ciężka od pluskających w niej ryb. Ale nadszedł czas, że ryby jakby ktoś wymiótł. Fala pluskała tajemniczo, srebrzyła się, błyszczała, ale sieci wciąż były puste. Ani jednej rybki nie złowili. Stary Mateusz pykał fajkę w milczeniu lub ze złością spluwał na wodę.

–  Zaczarowane jezioro czy co?

A jezioro połyskiwało w słońcu jak zwierciadło z baśni.

Jednego wieczoru wyjechali znowu na połów. Pływali długo na próżno. Już zamierzali wrócić do brzegu, gdy coś nagle zatrzepotało w sieci i sieć stała się ciężka, jak z oło­wiu. Omal nie wpadli do wody. Uchwycili sieć mocno… I nagle ręce ich stały się słabe i wiotkie z przerażenia. Z sieci wyjrzała olbrzymia głowa, ni to rybia, ni to ludzka, w koronie ze złota, drogimi kamieniami wysadzanej. Oczy płonęły niesamowitym og­niem, patrzyły władczo i groźnie. Z paszczy szeroko rozwartej wydobył się głos moc­ny, pluskowi rozgniewanej fali podobny:

–  Rozplączcie sieci!

Pierwszy oprzytomniał stary Mateusz. Sieć ściągnął mocniej.

–  A któż ty jesteś, co nie prosisz, a rozkazywać nam chcesz, hę?

–   Król Tysiąca Jezior, władca tych wód! – odpowiedział gniewnym głosem. Stary Ma­teusz ochłonął z wrażenia. Uśmiechnął się pod wąsem. Nie darmo wesołek był z niego i mówca pierwszorzędny. Nie darmo na weselach oracje wygłaszał i najweselsze kro to chwile w głowie mu się lęgły. Łeb miał nie od parady. Toteż chrząknął raz i drugi, w błyszczące oczy potwora spojrzał i rzekł:

–    Król czy nie król, aleś w naszej mocy. I próżno starasz się nam rozkazywać. Ryt*« nam wypłoszyłeś tak, że w kieszeniach wiatr nam pogwizduje, a w brzuchu z głodu burczy. Nie myśl, że cię puścimy. Mięsa z ciebie będzie więcej niż z dziesięciu szczu­paków.

Targnął się potwór w sieci.

–    Nie tobie, człowieku, Króla Tysiąca Jezior zwojować. A puścisz mnie wolno, obie­cuję, że ryb zawsze pełną sieć będzie miał każdy rybak z twojej wioski. Jeszcze sukontent? Złota czy skarbów chcesz? I to ci dać mogę. Mów. Dam ci, czego dusza za­pragnie.

Stary Mateusz uśmiechnął się chyrze.

–    Czegóż może pragnąc stary rybak? Jeziora są tak twoje, jak i moje. Całe życie na wodzie spędziłem. Skarbu mi nie trzeba, bo mi słonko największym skarbem, dopdnań patrzeć mogę. Myślę, że trzeba ci będzie, królu, z życiem się pożegnać.

Błysnęły ciemne oczy króla, a Mateusz dalej mocno sieć w dłoniach zacisnął.  Pobladł ino, w te oczy, połyskuwor jak woda jeziora, patrzył niczym urzeczony. Stary Mateusz nagle roześmiał się:

–     A wiesz co, królisko, może i dobijemy targu. Widzisz ty tego chłopaka? Zadmi dziewczyna mu się nie udała. Może masz królu córkę urodziwą, przyślij ją Jaśków: 3 żonę, a puszczę cię wolno.

–   Stryju! Co wy?! – wykrztusił Jasiek, ale stary Mateusz śmiał się, aż mu się brefl trzęsła. Rozległ się głos Króla Tysiąca Jezior:

–     Dobrze! Dziś wieczorem, gdy księżyc wzejdzie nad wodą, wypłynie ku brzegowi moja najmłodsza córka. Dam ci ją za żonę, choć wielka to, wielka ofiara.

Zdumiony Mateusz rozluźnił uścisk rąk. Jak to się stało, nigdy już potem nie mógł wytłumaczyć. Fala plasnęła, a gdy sieć obejrzeli, była pusta. Dopiero wówczas Jasiek głos odzyskał.

–    Stryjku, coście to najlepszego zrobili? Cóż mi po Wodnicy? Co ja z nią pocznę? – powtarzał zrozpaczony.

Mateusz poskrobał się w ucho.

Ano, myślałem pożartować tylko, a tu- z frasunkiem spojrzał na chłopca. Ale wtedy odzyskał rezon. – Czekaj, Jaśku, nie martw się. Kupić nie kupić, potargować można. Pójdziesz wieczorem nad jezioro i rzekniesz tej Wodnej Pannie, żeby sobie popłynęła precz do swego rybiego tatula.

Comments are closed.