You are here: Home > Legendy > Legenda o kościotrupie

Legenda o kościotrupie

Dawno, bardzo dawno temu w wieży orneckiego kościoła został żywcem zamurowany grzesznik straszliwy. Legenda głosi, że był nim pięknie zbudowany, wysoki i bardzo urodziwy męż­czyzna. W chwili gdy go pojmano i wtrącono do wieży – nosił na sobie strój zakonny co świadczy, iż był on jednym z wielu przebywających tu podówczas braci Zakonu Krzyżackiego to zwykle w takich okolicznościach bywał – opowiadać sprośne kawały lub niebywałe historie – zaistniało coś, co zupełnie w tym dniu zmieniło naturalny bieg karczemnych zdarzeń. Oto – gdy zaczęto się tu głośno przechwalać, gdy (każdy na swój sposób) za­czął mówić o różnych zjawach, upiorach, groźnych duchach, czarodziejach, ludzkie: lękach i cierpieniach – zza szynkwasu wysunęła się niezwykle owymi opowieściach podniecona szynkareczka i nie zważając na swój młody wiek – głośno wszystkim ze­branym oznajmiła:

– Ja tam nie boję się niczego i w żadne upiory, strachy ni duchy nie wierzę.

Na to jawne wyzwanie, jeden spośród zebranych w karczmie gości wstał ze swego miejsca i z niemałym szyderstwem w głosie oświadczył:

–    Żal mi cię, moja mała ślicznotko, ale słowom twoim dam wiarę wówczas dopiera gdy sama, bez niczyjej asysty, udasz się do tutejszego kościoła, wejdziesz na wieże zabierzesz z niej „Kościotrupa” i sprowadzisz go tu do tej karczmy.

A warto dodać, że w chwili, w której nieznajomy wymawiał te słowa, była już późna noc, na podwórku królowały nieopisane ciemności. Wszystkim zebranym w karczme gościom bardzo spodobał się pomysł i nie tylko go skwapliwie poparli, ale też obieca dać odważnej dziewczynie dobrą zapłatę. Każdy z obecnych był świecie przekonać że barmanka nigdy nie zdobędzie się aż na tyle odwagi i „Kościotrupa”do karczmy nie przyniesie. Tymczasem stało się zupełnie inaczej. Wbrew ich złudzeniom, dziewczyna bardzo szybko się na ten czyn zdecydowała i ruszyła w drogę. A w karczmie zrobiło się tak cicho, iż niektórym zdawało się, że słyszą w powietrzu głośne brzęczenie much. Jednych zadziwiała zuchwałość i odwaga dziewczyny, drugich obi : ciał jakiś niepohamowany lęk i uczucie nagłej trwogi, a niektórzy mocno zastanawiał się nad tym, co też to z tego wszystkiego wyniknie. Nastrój był niezwykły i przygnę­biający. Wielkie natężenie uwagi i skupienia odmalował się na wszystkich twarzach, j

Nie trwało to jednak zbyt długo, bo oto, ku nieopisanemu zdumieniu zebranych gości, do karczemnej izby wtargnęła ze swym niezwykłym trofeum na ramieniu  i uśmiechając się szyderczo, złożyła „Kościotrupa” na jednym ze stojących w pobliżu stołów. Kiedy to uczyniła – wszyscy stanęli jak wryci. Przerażenie i podziw były tak wielkie, że w tej do niedawna jeszcze rozśpiewanej i hałaśliwe j karczmie nastała grobowa cisza. Gdyby ktoś postronny zajrzał teraz do karczmy 11 mógłby odnieść wrażenie, iż wszyscy się tu pozamieniali w głazy lub, że ktoś na nic: urok rzucił. Niemało czasu upłynęło, nim odważono się parę z ust wypuścić. Bar ma: ka triumfowała. Kiedy jednak to pierwsze wrażenie minęło – ogarnięci panicznyn strachem uczestnicy i obserwatorzy tej niezwykłej przygody – poczęli błagać rozbawioną tym zajściem dziewczynę, aby się ulitowała nad nimi i z powrotem swego gościa na jego dawne miejsce do kościelnej wieży zaniosła. Przy czym nie tylko uznaru śmiałość i niepospolitą odwagę szynkarki, ale obiecano jej podwoić zadeklarowali uprzednio zapłatę. Nie tracąc tedy czasu na zbędną gadaninę i nie zastanawiając sc 1

zbyt długo, energiczna szynkareczka chwyciła kościotrupa na ręce, zarzuciła go sobie na ramiona i bez najmniejszego nawet lęku ruszyła z nim na dziedziniec kościelny.

W karczmie długo jeszcze nie wracał pierwotny, pogodny nastrój. Zbyt mocne to było dla wielu gości przeżycie, by o nim można było szybko zapomnieć. Karczmareczka tymczasem weszła z Kościotrupem na wieżę, ustawiła go na dawnym miejscu i … za­mierzała odejść. Wtedy jednak stało się coś, czego ta odważna dziewczyna nie prze­widziała. Oto Kościotrup nagle ożył. Zwrócił się gwałtownie w jej stronę, chwycił ją swymi kościstymi rękami i nieludzkim, grobowym głosem powiedział:

–   Ponieważ ośmieliłaś się zabrać mnie stąd, a tym samym wystawiłaś na publiczna po­śmiewisko, czym mocno mnie po śmierci zbezcześciła – musisz mi teraz wyświadczyć pewną przysługę. Jeżeli nie uczynisz, co każę – koniec z tobą!

Odważna dotąd dziewczyna tak się tym niezwykłym obrotem sprawy przeraziła, że nie mogła słowa przemówić. Nogi się pod nią ugięły, ręce się trzęsły jak w febrze, a serce uderzało tak szybko i mocno, jak gdyby ktoś młotkiem w zeschłą pierś uderzał. Kościotrup widząc, że dziewczyna nie protestuje, tak mówił dalej:

–    Za chwilę udasz się do kościoła, przy wielkim ołtarzu spotkasz ongiś młodą i jak ty śliczną zakonnicę. Z pewnością zastaniesz ją na klęczniku, zatopioną w modlitwie. Przybliż się do niej i powiedz: żywcem w wieży zamurowany brat prosi cię siostro o przebaczenie. Uważnie słuchaj jej głosu i przynieś mi odpowiedź.

Słysząc to polecenie, karczmareczka drżącym głosem wyszeptała:

–   Jakże ja mam braciszku wejść o tej porze do kościoła, skoro wszystkie drzwi są po­zamykane?

–    Idź bez obawy – rzekł jej na to Kościotrup – drzwi boczne są otwarte. Nie zapomnij o sumiennym wypełnieniu swego zadania!

Cóż było robić? Zebrawszy całą swą odwagę, ruszyła dziewczyna na to dziwne spotka­nie. Kiedy weszła do kościoła, zauważyła, że całe jego wnętrze oświetlone jest bardzo bledziutkim światłem, że panuje tu jakiś dziwny półmrok, a na najwyższych stopniach dużego ołtarza istotnie klęczy zakonnica. Zauważyła też, że i ołtarz i ona zawoalowane są na czarno, co najprawdopodobniej oznaczać miało żałobę lub wielki smutek. Z wielką trwogą podeszła do niej zalękniona karczmarka i odezwała się w te słowa:

–  Kościotrup prosi cię, droga siostro, o przebaczenie.

Przez długi czas nie było odpowiedzi, trwało przykre wyczekiwanie. Wreszcie bar­manka usłyszała:

– Ja mu tego nigdy nie wybaczę!

Z tą odpowiedzią, możliwie jak najszybciej, dziewczyna udała się na wieżę, by tę wieść przekazać braciszkowi. Ten usłyszawszy odpowiedź negatywną, dwa razy jeszcze po­syłał barmankę do siostry. Gdy to czynił trzeci raz, powiedział:

–  Proś siostrę, by mi winy moje przebaczyła w imię pięciu ran Chrystusa.

Gdy dziewczyna postąpiła – jak kazał – usłyszała:

–  To ja mu przebaczam.

Uradowana pomyślną odpowiedzią zauważyła, iż udzieliwszy jej tej odpowiedzi, sio­stra znikła. Powiedziała o tym braciszkowi na wieży. Wówczas rozjaśniło się w uśmie­chu i szczęściu jego oblicze i oznajmił:

–    Bardzo ci jestem wdzięczny! Z godnością i odwagą wypełniłaś moje polecenie i swój obowiązek. Jestem ci winien tę oto informację – rozmawiałaś z umarłym. Życie swoje było nieobyczajne i niemoralne. Jesteś jak ja  wielką grzesznicą. Postaraj się poprawić, zacznij żyć pokornie i godnie, proś stwórcę o wybaczenie, bo nie minie trzy tygodnie, gdy ciało twoje spocznie na katafalku.

Gdy to powiedział – zniknął i do dziś w kościelnej wieży nie ma po nim śladu. Barmanka nie wróciła już do karczmy, by się chełpić sukcesem i odebrać na­grodę. Jak błędna, udała się do rodzinnego domu. Zaczęła dniami i nocami modlić się, nie mogła ani jeść, ani spać. Straciła energię, urodę, świeżość dawną zapalczywość. I stało się, jak jej przepowiedział kościotrup – zmarła, pogodzona z ludźmi, światem i wolą Bożą. Jej pogrzeb był w mieście wielkim wydarzeniem.

Comments are closed.