You are here: Home > Legendy > Jerozolima elbląska

Jerozolima elbląska

W XIII w., na terenach obecnej Mo drzewiny, administro­wanych przez Krzyżaków, powstało kilka majątków rycer­skich. Trzy z nich przeszły do historii i do legendy. Były to: Betlejem, Emaus i Nazareth.

W dobrach tych mieszkali ludzie, zbrojnie wspierający Krzyżaków w walce z pogańskimi Prusami – a zatem krzy­żowcy. Przypuszcza się, że powielając nazwy miejsc, po­łożonych w Ziemi Świętej, ludzie ci wskazywali na przynależność do elity euro­pejskiego rycerstwa, bohatersko strzegącego grobu Chrystusa. Brzmi to bardzo patetycznie, niczym fragment eposu…

Ale jest jeszcze inne wyjaśnienie, jak się wydaje, bliższe życiu i pewnie prawdziw­sze. Tłumaczy ono, że rycerze, przyjeżdżający do Prus, byli ludźmi zaradnymi i wygodnymi: w Jerozolimie nigdy nie byli i być nie zamierzali – przyjazd na Wysoczyznę Elbląską wybrali po to, żeby uniknąć ryzykownych eskapad na koniec świata i bojów z Saracenami. Taka średniowieczna służba zastępcza…

Nazwanie przyznanych im przez Krzyżaków dóbr: Nazareth, Betlejem i Emaus było więc do pewnego stopnia przymrużeniem oka, a także …wspomnieniem po krotochwilach. Oto bowiem dorocznie urządzali na Mo drzewinie ni to zabawy, ni turnieje. W ich trakcie budowano drewnianą Jerozolimę z grobem Chrystusa, na murach stawiano przebranych za Arabów parobków i giermków, a „dobywaniem ¿rodu” zajmowali się rycerze. Broń, używaną w tych zaciekłych bojach, strugano z drewna, a potem malowano, żeby robiła większe wrażenie. Większość ciosów po­zorowano, czasem jednak rycerz, żeby zrobić wrażenie na damie i zapewnić sobie wieczorną schadzkę, naprawdę przyłożył giermkowi (nigdy vice versa).

Rzecz jasna każda z tych inscenizacji kończyła się zwycięstwem dobra nad złem, a :atem po myśli krzyżowców. Dzielni rycerze dawali łupnia Saracenom, zawieszali barwne flagi na wieżach, po czym wszyscy – zwycięzcy, zwyciężeni, dostojni goście gawiedź – świętowali, weselili się i raczyli piwem oraz winem przez kilka następ­nych dni. Najprawdopodobniej były to pierwsze elbląskie zabawy na wolnym po­wietrzu. Do ich tradycji nawiązywały w wiekach XVIII i XIX liczne podmiejskie :środki wypoczynkowe.

Z majątkami Nazareth, Betlejem i Emaus związana jest legenda. W XIII w., gdy Krzyżaków i krzyżowców było w Prusach jeszcze niewielu, a Pogezanie wierzyli w siłę swego oręża, często dochodziło do krwawych walk. Wszczynali je poganie, napadając z podziwu godnym uporem na elbląski zamek. Jego dumna sylwetka stanowiła dla nich wyzwanie, była znienawidzonym symbolem nowego porząd­ku, sprzecznego z miejscowymi wierzeniami, obyczajami, prawem i tradycją.

Niestety, wszystkie szturmy kończyły się niepowodzeniem: o ile Prusowie byli w stanie pokonać rycerzy europejskich w polu, o tyle stawali bezradni przed głębo­kimi fosami i wysokimi murami. Jedyną ich szansą było zaskoczenie przeciwnika. Wielokrotnie czatowali zatem na sposobny moment, jednak obrońcom zawsze udawało się w porę podnieść most, skryć we wnętrzu warowni i razić atakujących strzałami lub gorącą smołą.

Kiedy pokaleczeni Prusowie odstępowali od murów, kierowali swoje niezadowo­lenie gdzie i na co popadnie. Rabowali i palili domy na przedmieściach, plądro­wali okoliczne folwarki, dwory i karczmy, zabierając wszystko, co konie zdołały udźwignąć.

Z tymi pruskimi napadami nie mogli się z kolei pogodzić koloniści. Sytuacja była patowa: Prusowie nie byli w stanie unicestwić zamku, a rycerze i mieszczanie

–  rozgromić Prusów. Problem nabrzmiewał, z wytęsknieniem czekano na przesi­lenie. Obie strony odwoływały się do sił nadprzyrodzonych, prosząc o interwen­cję

I takowa pewnego dnia nastąpiła. Najpierw wszystko przebiegało według dobrze znanego scenariusza: zaskoczenie, atak, szybka reakcja obrońców, zamknięcie wrót, zwyczajowa wymiana strzał i wyzwisk, potem plądrowanie dóbr, rabunek .

W tym miejscu nastąpiła nieoczekiwana odmiana. Kiedy objuczeni zrabowanym dobrem poganie kierowali się do swoich siedzib, położonych w głębi puszczy, z rycerskich majątków – Emaus, Nazareth i Betlejem – wypadł nagle zbrojny zastęp i   rzucił się za nimi w pościg. Prusowie oniemieli, bo dotychczas nikt nie wysy­łał za nimi pogoni, nikt nie był na tyle odważny, by stawić im czoła w otwartym polu. W pierwszym odruchu porzucili więc zdobycze i czym prędzej uciekli.

Dopiero po przejechaniu kilku mil ochłonęli, wstrzymali konie i ze szczytu pa­górka przyjrzeli się dokładniej pogoni. Jakież było ich zdumienie, gdy w tuma­nie kurzu doliczyli się zaledwie trzech facetów! Oczywiście mogli teraz tych trzech śmiałków pokonać, zabić, zamęczyć, utopić, udusić, ciągnąć za końmi i spalić. Jednak Prusowie poniechali tych niewątpliwych przyjemności, docenili bowiem brawurę rycerzy, dostrzegli też w tej całej sytuacji przejaw działania sił wyż­szych. Jeśli bowiem przestraszyli się tak śmiesznie małych sił, to w istocie mu­siała to być bo jaźń Boża.

Comments are closed.