You are here: Home > Legendy > Grabiny zameczek

Grabiny zameczek

Dawniej w okolicach Grabin istniało podziemne przejście, które prowadziło od zamku do położo­nych po drugiej stronie Motławy – Grabin Du­chownych, a także do oddalonego o pół mili Gra­bińskiego Lasu. Niegdyś w lesie tym rosły dęby i jesiony. Potem został doszczętnie wykarczowany. Pozostały po nim zarośla, wśród których znajdowało się wej­ście do podziemia. Niejaki Ficht, ostatni leśniczy w Grabińskim Lesie, twierdził, że widział jeszcze żelazne drzwi, które zamyka­ły przejście. Ale potem nikt już ich odnaleźć nie umiał, zniknę­ły nawet zarośla, które dotychczas wskazywały to miejsce, zaś żelazne wrota coraz bardziej się zapadały. Dzisiaj tę tajemniczą furtę przykrywa woda.

Był raz sobie pastuch o imieniu Frycek. Codziennie rano wypędzał świnie na pastwisko w okolicach Grabin. Słyszał o tym miejscu wiele różnych historii. Ludzie opowiadali, że dawniej gospodarowali tu Krzyżacy, którzy w podziemiach zło­żyli liczne skarby. Niejeden już chciał je odnaleźć, ale nikomu dotychczas się to nie udało. Wszyscy śmiałkowie uciekali z tego

miejsca i za żadne skarby świata nie chcieli tu powrócić. Bali się nawet opowiedzieć, co widzieli. Strach wyzierał im z oczu.

Frycek nie należał do odważnych, ale pan kazał mu wypasać trzodę właśnie w tym miejscu. Nie mógł się sprzeciwić. Uważał jednak, żeby zmrok go nie zastał w tym tajemniczym otoczeniu. Pewnego dnia, gdy zbliżała się już godzina powrotu, Frycek jak co dzień zaczął liczyć świnie.

–     Gruba, Biała, Chrumka… – wymieniał imiona, jakie im nadał i szukał wzrokiem każdej. Nie było to łatwe, gdyż gromad­ka była liczna. Powoli zbliżał się ku końcowi. – I jeszcze Łatka, Sprytna i Samosia. Samosia? A gdzie jest Samosia?

Nigdzie jednak nie było świni. Frycek wpadł w popłoch.

–    Przecież nie wrócę bez niej do dworu… Co mam teraz zro­bić?!

Rozejrzał się dokładnie. Wtem dojrzał zbiega. Stała w miej­scu, gdzie według ludzkich gadek, znajdowało się wejście do podziemia.

–    Samosia! Samosia! Nie wchodź tam! Chodź tu do mnie. – prosił. Ale było już za późno. Świnia właśnie zniknęła pod zie­mią.

Chłopak musiał odzyskać świnię, więc, choć nogi się pod nim ze strachu uginały, ruszył w kierunku wejścia. Gdy zbliżył się, ujrzał drzwi. Otworzył je drżącą ręką. Za nimi był korytarz: najpierw wąski i ciemny, potem rozszerzał się coraz bardziej. Frycek szedł niepewnie, po omacku. Nagle ujrzał w oddali świa­tło. Ucieszył się, bo nie lubił ciemności. Pobiegł więc w tamtą stronę, ale gwałtownie przystanął. Odwrócił głowę w lewo i struchlał! Zobaczył tam bowiem wielkiego czarnego psa, któ­remu ślina kapała z pyska, a dzikość biła z oczu. Na szczęście był przywiązany do beczki. Jej zawartość zadziwiła Frycka. Była wypełniona czystym złotem!! Na moment zapomniał o niebez­pieczeństwie, zapragnął zabrać ten skarb ze sobą, podbiegł do beczki i wtem… oprzytomniał! Zobaczył przed oczami olbrzymie

 

białe kły. Odskoczył jak oparzony aż pod przeciwną ścianę korytarza. Oparł się o coś miękkiego i przyjemnego.

–    Cóż to jest? – pomyślał i powoli obrócił głowę…

–   Aaaaaa!! Ojej, ojej, tu też jest pies! – wrzasnął i zaczął ucie­kać. – Już na nic się nie połakomię. To dziwny i niebezpieczny skarb. Wolę ocalić życie, niż zabrać stąd cokolwiek do domu. Te­raz Frycek – mówił do siebie – idź spokojnie i nie bierz nic, co do ciebie nie należy. Przyszedłeś po świnię i z nią stąd wyj­dziesz.

Szedł tak przed siebie szerokim, oświetlonym przez pochod­nie korytarzem, a po swej prawej i lewej stronie widział nieopi­sane skarby, złoto, diamenty i rubiny. Nie zważał jednak na nic. Dotarł wreszcie do olbrzymich wrót. I choć wytężył wszystkie siły, nie mógł ich otworzyć.

Zapukał. Wtedy usłyszał, że ktoś przekręcił klucz w zamku. Nacisnął klamkę i drzwi się uchyliły. Wszedł do środka i onie­miał. Znajdował się w urządzonej z przepychem komnacie. Ściany były przybrane złotem i drogimi tkaninami. Z sufitu zwisały srebrne żyrandole. Zauważył, że było tu mnóstwo drzwi także zdobionych i olśniewająco pięknych. Najznako­mitszym jednak skarbem była dziewczyna. Siedziała pośrodku komnaty przed wielkim, kryształowym lustrem i drogocennym grzebieniem czesała swe długie, hebanowe włosy. Frycek ujrzał jej twarz w lustrze. Był zachwycony i onieśmielony.

–   Wejdź dalej – przemówiła – jesteś moim gościem. Podejdź proszę do światła, pozwól, że ci się przyjrzę.

Chłopak zrobił kilka kroków naprzód. Dziewczyna odłożyła grzebień i wstała. Obróciła się i spojrzała na przybysza. Frycek zauważył, że u jej pasa przymocowany był olbrzymi pęk kluczy. Domyślił się, że pasują one do drzwi w komnacie. Nie śmiał jed­nak zapytać, co kryje się za nimi.

–      Czego szukasz? – spytała dziewczyna, przypatrując się uważnie młodzieńcowi.

–    Świni… – odpowiedział niepewnie.

–    Naprawdę szukasz tylko świni? – zaśmiała się – Nie chciał­byś złota, srebra i diamentów? Wszyscy po to przychodzą.

–     Nie Pani, ja chciałbym odnaleźć Samosię, bo Pan mnie zbeszta, jeśli wrócę bez niej.

Spojrzała na niego uważnie.

–   Podobasz mi się, chociaż jesteś jeszcze młody. Niestety mu­sisz stąd odejść. Mam nadzieję, że przyjdzie inny, który jak ty odnajdzie drogę do mnie i nie będzie szukał złota…

Wyszukała odpowiedni klucz i otworzyła drzwi. Za nimi sta­ła Samosia. Frycek ucieszył się.

–    Ona cię wyprowadzi z podziemia. Nie mów o mnie niko­mu – powiedziała dziewczyna i ułożyła palec wskazujący na ustach. Taką na zawsze zapamiętał ją chłopak.

Tymczasem drzwi się zatrzasnęły. Frycek pobiegł za świnią i po chwili wyszli na powierzchnię.

Chłopak spełnił prośbę pięknej nieznajomej. Nic nikomu ni­gdy nie powiedział. A ta nagrodziła jego milczenie. Każdego ranka znajdował pod poduszką złoty pieniądz, diament albo ru­bin. I nie musiał już pracować jako pastuch. Wkrótce zebrał spo­ry majątek i ożenił się. Żył godnie i uczciwie.

Comments are closed.