You are here: Home > Legendy > Duch

Duch

Dawniej ludzie opowiadali sobie przedziwne hi­storie. Jedną z nich opisał Lothar P. Manhold. Po­słuchajcie jego opowieści.

Działo się to w roku 1638, krótko po Zielonych Świątkach. Wówczas to u płóciennika Daniela Mugmatza, który wraz z rodziną mieszkał w Błot­niku, zalągł się w domu poltergeist – hałaśliwy duch. Najpierw po­jawiał się z rzadka. To postukał drzwiami starej szafy, to znów przewrócił coś na strychu. Mugmatzowie nie bali się go szczegól­nie, zresztą nie było to takie znów niezwykłe wydarzenie. Raz na jakiś czas w domu któregoś z sąsiadów pojawiał się taki duch, ro­bił trochę hałasu i znikał. Ten jednak okazał się wyjątkowy.

Pewnego wieczoru cała rodzina siedziała w izbie. Pan domu czytał książkę, jego małżonka opowiadała dzieciom, Annie i Ja­kubowi, stare bajki. Niedaleko zaś w kołysce spała ich najmłod­sza, maleńka córeczka. Nagle silny podmuch wiatru otworzył okno. Huk przestraszył dzieci, kobieta przytuliła je, a Mugmatz podszedł, by zamknąć okno. Nie było to jednak łatwe, wiatr był naprawdę silny. Wreszcie udało mu się. Odwrócił się i ujrzał przerażający widok. Jego córka Anna stała przy kołysce i wpa­trywała się w nią intensywnie, bo ta unosiła się nad ziemią.

–    Tatusiu, kto to jest? – spytała drżącym głosem.

–    O kim ty mówisz? Córko, kogo ty tu widzisz? – dopytywał się ojciec.

–    Ten straszny stwór, który trzyma kołyskę?

–    Poltergeist…

Gdy tylko to powiedział, kołyska uderzyła o podłogę, a nie­mowlę wypadło z niej i zaczęło głośno płakać. Mugmatzowa podbiegła szybko, wzięła je na ręce i próbowała utulić.

–    Mężu, on jest niebezpieczny – wyszeptała przerażona.

–      Wiem, ale cóż możemy zrobić? Poczekajmy, na pewno wkrótce się wyniesie – mężczyzna próbował uspokoić małżon­kę, ale sam nie był co do tego przekonany. A jego obawy wzro­sły, gdy w Wigilię Bożego Narodzenia złośliwy duch pociął po­rozwieszane płótna, z których zostały tylko strzępy. Na tym jed­nak nie skończył. Już za chwilę otworzył z hukiem biblioteczkę i począł wyrywać kartki ze śpiewnika. Rozrzucił je po całym po­mieszczeniu, chwycił psałterz i uderzył nim w sufit, potem ci­snął o podłogę Nowym Testamentem. I zniknął. Wtedy to prze­rażony płóciennik zarządził codzienną modlitwę domową do Boga o ochronę przed złymi mocami.

Na szczęście święta upłynęły im spokojnie. Dopiero po No­wym Roku poltergeist znów o sobie przypomniał. Pani Mug­matzowa postawiła na stole wazę z zupą, lecz gdy tylko rodzina zasiadła do obiadu, chochla uniosła się w tajemniczy sposób, a zaraz za nią waza. Biesiadnikom udało się chwycić zastawę i ocalić jedzenie. Wtedy dopiero rozpętało się piekło. Mugmatzowie zobaczyli, jak jakaś postać wylatuje przez okno i po chwi­li wraca z łopatą w ręku. Zawartość szufli – ziemię i kompost – duch wyrzucił wprost do wazy, do mleka i masła. Cała rodzina padła natychmiast na kolana:

–    Ojcze nasz, któryś jest w niebie… – szeptała Mugmatzowa.

–    Święć się imię Twoje… – wtórowała jej reszta rodziny.

Jednak tego było już za wiele. Mugmatz postanowił, że ko­nieczna jest natychmiastowa przeprowadzka. Zabrali więc najpo­trzebniejsze rzeczy i zamieszkali u krewnych w Kieżmarku. Cóż z tego, poltergeist bardziej był przywiązany do nich niż do domu. Było jeszcze gorzej niż w Błotniku, więc postanowili wrócić.

Lecz myli się ten, kto pomyślał, że duch wrócił do swych zwykłych psot. O nie! Teraz dopiero się zaczęło. Wielki wałek służący do maglowania, taki, co to waży ze cztery funty, latał z ogromną prędkością nad głową pana domu. Biedny płóciennik ledwo uszedł z życiem. Każdy dzień przynosił nowe niebez­pieczeństwa. Trudno było przewidzieć, co znów wymyśli nie­chciany lokator.

Tymczasem sąsiedzi, bliżsi i dalsi znajomi, poczęli codzien­nie odwiedzać dom Mugmatzów. Każdy chciał zobaczyć wybry­ki poltergeista, a nawet jego samego. Duch wydawał się zadowo­lony; więcej ludzi – większe pole do popisu! A to komuś zdjął buty, a to kogoś obrzucił cegłami, to znów rzucił w gościa pola­nem. W najodważniejszych, którzy zostawali do późnej nocy, uderzał krzesłami i ławami.

Wreszcie płóciennik wziął swój wędrowny kij i udał się do Gdańska, by prosić tam o pomoc władze wyższe. Burmistrz po­radził, by wypędzić ducha modlitwą i kazaniem.

Ksiądz z Błotnika – Peter Scheritius – zawitał do domu Mugmatzów 13 lutego 1639 roku, była to niedziela. Wraz z nim przy­było wielu ludzi po to, by śpiewem i modlitwą wesprzeć du­chownego. Kapłan wygłosił kazanie i długo powtarzał słowa modlitwy. Córka Anna słyszała, jak posyłał tę diabelską siłę wprost do piekła. Duch się nie pojawił. Ani tego dnia, ani na­stępnego. Przez cały tydzień nikt go nie spotkał. Cała rodzina odetchnęła z ulgą. Lecz pięć dni później…

W domu wszystko latało, podłoga drżała, okna trzaskały, w kuchni unosiły się noże i spadały z olbrzymią siłą na podło­gę, raniąc przy tym domowników. To już nie mógł być jeden duch. Poltergeist przyprowadził z piekła kompana i razem urzędowali. Po każdej kolejnej modlitwie duchów przybywało. Wkrótce naliczono ich dziewięć. Meble wyniesiono na ze­wnątrz, w środku pozostały tylko puste ściany. Mugmatzowie wynieśli się do sąsiadów. Ksiądz bał się jednak, że niedługo duchy opętają i inne domy, napisał więc list do biskupa o sytuacji w Błotniku. Kopie wysłał również do innych mądrych ludzi. Prosił o pomoc.

I właśnie jeden z tych listów został odnaleziony w bibliotece.

Nic z niego nie wynikało. Historyczna zagadka nie została rozwiązana.

Comments are closed.