You are here: Home > Legendy > Chłopi z Lichnów

Chłopi z Lichnów

Jest jednak zupełnie inna historia związana z powsta­niem Baszty Maślankowej nad brzegiem Nogatu.

Za panowania Wielkiego Mistrza Konrada von Jungingena, w Lichnowach Wielkich, położonych na Żu­ławach Malborskich, żyło wielu krnąbrnych chłopów. Działo im się dobrze, żyli w dostatku. Po letnich i je­siennych zbiorach nie musieli martwić się, czym przez resztę roku wyżywić rodzinę, trzodę i bydło. Wymyślali więc różne he­ce, aby urozmaicić sobie smutną żuławską zimę.

Otóż pewnego razu, gdy zasiedli w karczmie, popijając wciąż piwo i przegryzając tłustą pieczeń, postanowili, że tak właśnie spędzą czas aż do wiosny. A że dopiero zaczynała się je­sień, pomysł ten wydał się wszystkim i każdemu z osobna naj­przedniejszą myślą i najtrafniejszym lekarstwem na jesienno- zimową melancholię. Nie minął jednak tydzień, jak pomysło­wych chłopów zaczęło nużyć wzajemne towarzystwo. Przyglą­dali się więc z wielkim zainteresowaniem gościom, którzy za­chodzili do karczmy.

Mnich

Pierwszym, którego zaprosili do swej kompanii, był gdań­ski mnich. Wędrował on od wsi do wsi i zbierał jałmużnę. Lichnowianie nie żałowali mu jadła ani napitku. Ten zaś, nie odmawiając szczególnie piwa, wkrótce nie panował już nad swym językiem.

–    Wiele widziałem, wiele słyszałem, niezliczoną ilość miast i wsi zszedłem, ale nigdzie ludzie nie byli tak skąpi – żalił się bez opamiętania. – Żałujecie każdego grosza, jesteście chciwi, rozpasani i bezbożni! Wolicie przepić i przejeść pieniądz, za­miast ofiarować go na zbożny cel, zamiast dać go mi… – tu jed­nak mnich przerwał, rozejrzał się dookoła i przestraszył nie na żarty. Chłopi byli wściekli.

–    Przecież mnie nie tkniecie – mówił już ostrożniej. – Ja je­stem Sługą Bożym. Ten habit mnie chroni przed takimi opryszkami jak wy! No niech go któryś dotknie. Ha! Spadnie na niego klątwa; na niego, jego żonę, dzieci i jego dobytek.

Mnich czuł się znów pewnie. Jadł i pił bez umiaru. Chłopi wciąż stawiali przed nim kufle wypełnione po brzegi złocistym trunkiem, ale takiej niewdzięczności nie chcieli puścić płazem. Rzeczywiście, bali się dotknąć habitu, uwierzyli w klątwę, jed­nak w ich głowach zrodził się niegodziwy plan.

Czterech chłopów wyszło na zewnątrz. Wzięli worek chmie­lowy i trzymali przygotowany przy drzwiach. Pozostali rozpęta­li w karczmie straszliwą drakę: krzyczeli, rzucali kuflami, bili się czym popadnie. Mnich przeraził się. Odstawił kufel i cichut­ko wstał od stołu. Nie robiąc najmniejszego hałasu począł kiero­wać się w stronę drzwi, otworzył je i… cap! Już go mieli w wor­ku! Wnieśli go schwytanego z powrotem do środka i powiesili nad paleniskiem. Rozpalili ogień, do którego dorzucali zgniłe drewno i mokre wióry, tak by dym stał się wielki i gęsty Mnich groził im, potem prosił pokornie, ale na wiele się to nie zdało.

 

Oprawcy wrócili do biesiadowania, a jęki i nawoływania mni­cha tylko ich rozochocały.

–     Kiedyś taki mądry, tyłeś widział i wszystko potrafisz, to znieś kurze jaja! – zakrzyknął jeden.

–     Zlitujcie się nade mną – błagał uwięziony. – Jak mam to zrobić? Wypuśćcie mnie…

Lecz oni nie słuchali jego próśb.

–   Dobrze, że kura gdacze, znać, że jaja znosi! – zauważył jeden.

–    Tak! Tak! A jeśli żadnego nie zniesie, nie wyjdzie z gniaz­da! – zaśmiał się drugi.

Jedna poczciwa staruszka zlitowała się nad nieszczęśnikiem i ukradkiem wsunęła mu do worka cztery kurze jaja. Ucieszył się mnich i pokornie zajęczał:

–    Drodzy panowie, oto są cztery jajka! Czy mogę już wyjść?

–   Wyjdziesz, jak tylko nam to udowodnisz. Zjedz jedno jajko i wyrzuć skorupki.

Wśród śmiechów wypuścili go wreszcie. Osłabiony udał się do domu i wkrótce zmarł. Taka go spotkała kara za niewdzięcz­ność dla ludzi, od których dostawał jałmużnę.

A chłopi? Wciąż przesiadywali w karczmie.

PIELGRZYM

Niewiele upłynęło czasu, a do Lichnów zawitał następny wę­drowiec. Był to członek bractwa świętego Jakuba. On również, chodząc od chałupy do chałupy, prosił o datki. Jak się wkrótce przekonał, skąpstwo lichnowian mogło być przysłowiowe. Roz­żalony i wściekły wszedł do karczmy. Ujrzał tam rozbawioną gromadę.

–    Cóż za bezbożnicy! Hulają w karczmie, a jałmużny skąpią – myślał. – Już ja od nich wyciągnę pieniądz!

Nie musiał długo czekać. Chłopi natychmiast zaprosili go do kompanii i tęgo z nim pili. Podchmielony pielgrzym zaczął się przechwalać:

–    Cztery razy byłem w Rzymie – kłamał jak z nut. – Raz na Górze Świętego Michała, trzy razy u świętego Jakuba! Tam bi­łem w wielki dzwon, który zrobiony jest z liści lipowych! Każ­dym uderzeniem zbawia jedną duszę! I nigdy, przenigdy jesz­cze w moim życiu nie trafiłem między tak szelmowskich, przeklętych i niemiłosiernych chłopów, jacy mieszkają w tej oto wsi. Ach, nigdzie nie dostałem mniej niż tutaj, dlatego z mocy świętego Jakuba rzucam na was klątwę wszelkiego nieszczęścia, gromów i śmierci do czasu, aż znowu się za was nie pomodlę!

Chłopi przestraszyli się nieco, ale nie tracili dobrego humo­ru. Próbując obrócić wszystko w żart, jeden z nich zapytał pompatycznie:

–      Święty Dzwonniku Cudownego Dzwonu, cóż zadowoli twe wyrafinowane podniebienie i odwróci od nas twą złość i gniew?

Ów po długim namyśle odpowiedział:

–    Przygotujcie mi dobrą pieczeń!

Chłopi w jednej chwili mieli pomysł na świetny, ich zda­niem, żart.

–    Pieczeń, pieczeń! Dobrą pieczeń. A więc pieczeń!

Schwytali biedaka, przywiązali nagiego do rożna, ułożyli

jak pieczeń nad ogniem i obracali go polewając gorącym ma­słem. Wreszcie zdjęli, odwiązali i posypali drobną solą. Wśród śmiechów i żartów wypuścili wreszcie nieszczęśnika. Ten po­wlókł się do domu i po kilku dniach umarł.

I tym razem lichnowianie pozostali bez kary, gdyż nie po­winno się wyłudzać jałmużny kłamstwem. A karczmę zwano odtąd „Piekiełkiem”.

 

Proboszcz i kantur

Lichnowski proboszcz nazywał się Wolfram Lindau. Był człowiekiem pobożnym i uczonym. Każdej niedzieli, wygłasza­jąc kazanie, łajał słowami krnąbrnych chłopów i potępiał nie­ustannie trwającą w karczmie biesiadę: a to nawoływał, by wró­cili do domów i odpokutowali dotychczasowe przewinienia, to znów straszył ich gniewem bożym. Kobiety lamentowały, pró­bowały skłonić mężów do powrotu. Nic jednak nie wskórały. Ich mężowie i synowie wciąż hulali w gospodzie. Za to karcz­marz zacierał ręce. Zwiększył nawet produkcję piwa, a odpadki po prostu pakował w beczki razem z innymi śmieciami. Które­goś razu odkryła je wielka maciora. Przewróciła beczki i objadła się piwnymi odpadkami. Chłopi znaleźli ją leżącą bez ruchu. Myśleli, że zdechła, lecz okazało się, że jest po prostu pijana. Podchmieleni chłopi lichnowscy wpadli na nowy pomysł. Po­stanowili tym razem zakpić sobie z miejscowego proboszcza, który tak wytrwale krytykował ich wybryki. Ustalili, iż położą świnię do łóżka i będą udawać, że jest to ciężko chory człowiek. Powlekli ją do ciemnej izby na piętrze, ułożyli pod pierzyną i posłali po proboszcza. Gdy kapłan przybył, zaprowadzili go do izby. Duchowny poprosił, by oświetlić pokój, lecz chłopi zapew­niali, że chory nie może znieść światła. Proboszcz pochylił się nad cierpiącym i z przerażeniem zauważył, że jest to Świnia!

–      Odsuńcie się, wysłucham spowiedzi – zachował zimną krew. Udawał, że odprawia sakrament, zaś hostię wetknął pota­jemnie do rękawa i oznajmił:

–   Moi drodzy, ten nieszczęśnik jest tak słaby, że ledwo go sły­szałem. Umiera… Muszę niezwłocznie udać się na plebanię po święte oleje.

Zadowoleni chłopi uwierzyli mu, lecz proboszcz wsiadł na konia i pognał do Nowego Stawu, gdzie odszukał brata Andreasa von Weitzellena, komtura domowego Malborka. Wszystko mu opowiedział. Komtur natychmiast udał się do Lichnów wraz z czterema zbrojnymi i wtargnął do karczmy. Ujrzał tam lichnowskich chłopów w trakcie hucznej biesiady. Rozzłościło to komtura. Wydał rozkaz schwytania wszystkich. Jednak nim się obejrzał, zawisł na własnej brodzie tuż nad drzwiami. Jego ludziom udało się jednak uciec. Popędzili do Malborka i spro­wadzili posiłki. Otoczono karczmę i schwytano chłopów, powle­czono ich do samej stolicy i wpędzono do więzienia. Wielu z nich tam zmarło. Ci, którzy przeżyli, musieli za karę zbudo­wać wysoką wieżę. Przerażeni lichnowianie próbowali jeszcze ubłagać Wielkiego Mistrza i zaproponowali, że w zamian całą drogę z Lichnów do Malborka wyłożą dobrymi, starymi grosza­mi. Nie było jednak dla nich zmiłowania. Musieli wybudować basztę, a do zaprawy nakazano im użyć maślanki. Do dziś zwie­my powstałą wówczas budowlę Basztą Maślankową.

Comments are closed.