You are here: Home > Legendy > Baszta maślankowa

Baszta maślankowa

Jest w Malborku wieża, na której szczycie widnieje wy­obrażenie kobiety pochylonej nad maselnicą. Od wie­lu wieków wszyscy zwali tą budowlę Basztą Maślankową. Posłuchajcie dlaczego.

Był raz sobie Pan na zamku malborskim. Nazywał się Stanisław Kostka i pełnił urząd starosty. Miał żonę do­brą i delikatną. Małżonkowie wiedli życie bogate i uczciwe. Naj­większym ich skarbem był synek Michaś.

Właśnie skończyła się zima. Chłopiec uwielbiał bawić się na dziedzińcu i teraz chciał przebywać na dworze coraz więcej.

–     Pozwól mi mateczko – szczebiotał. – Tam jest tyle cieka­wych rzeczy, którymi można się bawić.

I matka pozwalała, choć wciąż martwiła się, by synek się nie zaziębił.

Któregoś dnia, gdy chłopiec znów całe popołudnie biegał na dziedzińcu, matka przy wieczerzy zauważyła, że Michaś jest rozpalony.

–    Ma wysoką gorączkę! – zawołała, przyłożywszy rękę do czo­ła chłopca. – Mężu, poślij szybko po doktorów!

Sama zaś zaprowadziła syna do łóżka. Przybyli medycy, zba­dali chłopca i zalecili sprowadzić natychmiast duże ilości ma­ślanki, którą należy schłodzić ciało dziecka.

Pan bezzwłocznie posłał gońca do Lichnów, w których wyra­biano najlepszą maślankę.

–    Zachciało się Państwu! – zaśmiał się Paweł, zuchwały gbur lichnowski, do którego zwrócił się posłaniec. – A dlaczego sam nie przyjechał?

–     Macie natychmiast dostarczyć maślankę do zamku! – po­wtórzył rozkaz goniec.

–    Natychmiast?! Natychmiast to my cię psami możemy po­szczuć, cha, cha! – zakrzyknęli inni.

I tak uczynili.

–    Coś ty narobił, Pawle – biadoliła żona. – Przecież Pan cię za to ukarze. Nawet jeśli ma takie zachcianki, zawieź mu maślankę.

–    Zachcianki… No dobrze, pojedziemy jutro do Malborka. To będzie dopiero zabawa!

–   Żebyś ty sobie biedy nie narobił – smutnie dodała kobieta.

Nazajutrz chłopi przebrali się dziwacznie, załadowali na

wóz wielką beczkę zepsutej maślanki i udając wesołków ruszy­li do zamku. Miasto przywitało ich śmiechami, śpiewami i okla­skami. Sądzono, że błaźni przybyli do Malborka, by zabawiać wszystkich. Ale chłopi ruszyli w stronę dziedzińca zamkowego. Tam ogłosili swoje przybycie i zażądali, by sam „Wielki Pan” po­fatygował się do nich.

Tymczasem w komnacie Michasia Pani przez całą noc płaka­ła, czekając na lekarstwo. Na szczęście nad ranem temperatura obniżyła się i niebezpieczeństwo minęło. Matka dziękowała Bo­gu za ten cud. Pan był już jednak rozgniewany, lecz gdy oznaj­miono, że przybyli chłopi i czekają nań, posłał służbę z naczynia­mi. Przyniesiono mu maślanki. Starosta nie musiał jej próbować z daleka czuć było, że jest zepsuta. Teraz miarka się przebrała.

–   Uwięzić chłopów – rozkazał.

Nazajutrz przyprowadzono ich na przesłuchanie. Byli bla­dzi ze strachu, nogi się pod nimi trzęsły.

–    Za to, że nie posłuchaliście mojego rozkazu, zostaniecie po­wieszeni.

–     Panie Nasz Najjaśniejszy! – upadł na kolana Paweł – Prze­bacz nam zuchwałość. Błagam, ulituj się nad nami! Nie posyłaj nas na śmierć…

–   To wy chcieliście pozbawić życia mojego ukochanego, jedy­nego syna. Tylko cud sprawił, że ocalał. A chciałem tylko ma­ślankę. Jesteście źli, krnąbrni i butni. Nie zasługujecie na nic lepszego.

–    Mężu – szepnęła Pani. – Nie zabijaj ich. Zważ, że nasz syn wciąż jest słaby i chory, módlmy się raczej zamiast zabijać.

Pan zamyślił się.

–     Dobrze. A więc nie zginiecie. Straż! Zamknąć ich w wię­ziennej baszcie. Niech siedzą tam tak długo, aż wypiją to, co przywieźli.

Wypili tą zgniłą, śmierdzącą maślankę. A ludzie, ku prze­strodze, nazwali więzienie Basztą Maślankową.

Comments are closed.